Blog > Komentarze do wpisu
Marzyciel

Dostojewski

Czytałam Zbrodnię i karę Dostojewskiego kilkukrotnie – zawsze z przyjemnością świadczącą chyba o masochizmie i naturalistycznych gustach. Kontynuacja zaznajamiania się z dorobkiem tego uznanego pisarza rosyjskiego nie była jednak usłana różami. Przy Biesach zasnęłam. Braćmi Karamazow trzasnęłam o ścianę (huk był straszliwy i posypały się złote gwiazdy, bo to zacnej objętości książka była, w dodatku w „wypasionych” skórzanych okładkach). Kiedy do „nocnego” wyzwania wybrałam opowiadanie Białe noce miało ono stanowić formę przeprosin z twórczością Dostojewskiego. Przeczytałam. Pomedytowałam. Wnioski poniżej.

***

Bohaterem Białych nocy jest dwudziestosześcioletni młodzieniec, który sam siebie określa mianem marzyciela. Jego imienia nie poznajemy – albo – co bardziej pewne – umknęło mi w zawiłości zdań, wykrzykników i wielokropków. Spotykamy go podczas jednej z wielu peregrynacji po Petersburgu i jego okolicach, kiedy ratuje z opresji młodą, piękną (a jakże) i zapłakaną damę. Ciąg dalszy – przewidywalny, chyba, że ktoś pałał wyjątkowym wstrętem do romantyzmu i nie przyswoił sobie podstawowych schematów charakterystycznych dla fabuł z tej epoki.

Młoda dama – siedemnastoletnia Nasteńka (ech, te zdrobnienia – przekleństwo tekstu) decyduje się kontynuować znajomość ze swym wybawicielem, ale pod dość wszakże oryginalnym warunkiem – nasz marzyciel nie może pod żadnym pozorem się w niej zakochać. Kilka spotkań owocuje poznaniem historii młodych ludzi. On - odsłania przed nią tajemnice świata marzeń, w którym egzystuje pełniej niż w otaczającej go rzeczywistości, ona – odwzajemnia mu się opowieścią o ślepej babce, która przypina ją do sukni agrafką (oryginalny sposób na dbanie o cnotę niewiast, nieprawdaż?) i historią swojej niespełnionej miłości do lokatora ich małego mieszkania, który wyjechał na rok z Petersburga – ale miał wrócić w tym dniu, w którym nastąpiło spotkanie naszej dwójki bohaterów. Marzyciel decyduje się być pośrednikiem pomiędzy zakochanymi i ciągu dalszego możemy się domyślić. Happy end – ale nie do końca taki, jakiego pragnęliby czytelnicy. On – ze złamanym sercem i światem w okruszkach, ona – szczęśliwa, nadal zakochana (w tamtym) i licząca na jego (marzyciela) przyjaźń.

Marzyciela z opowiadania Dostojewskiego wiele łączy z Werterem. Jest młody i cierpi, jakby z przekąsem stwierdziła moja koleżanka. Jest wrażliwy na piękno (m. in. przyrody), obdarzony czułym sercem i wrażliwością. Samotny, wyobcowany ze świata, nie potrafi zdobyć, ani utrzymać przy sobie przyjaciół. Odczuwa ból istnienia. Indywidualista, odrzucający konwenanse. Bunt przeciw otaczającej go rzeczywistości wyraża poprzez wyłączenie się z niej. Ma świadomość, że jego ideały nie są możliwe do zrealizowania – stąd wybiera życie w świecie marzeń. Życie wśród bohaterów książek i oper – jest jego zdaniem – pełniejsze i bogatsze, ale zarazem przesycone tęsknotą i poczuciem niespełnienia. Kocha wyidealizowane i nieistniejące kobiety. Modli się do nich. Dokonuje swoistej apoteozy tego uczucia – z góry skazanego na klęskę – bo przecież jego ideał nie może przybrać ludzkich kształtów.

 Spotkanie z Nasteńką jest momentem, w którym dwie płaszczyzny – rzeczywistości i świata marzeń przecinają się ze sobą na chwilę. Symbolem tego wzajemnego przenikania się tych perspektyw mogą być tytułowe białe noce. To czas, kiedy słońce – pomimo, że znika z horyzontu – jest na tyle blisko, że nie zapada nad Petersburgiem absolutna ciemność. Noc i dzień przenikają się, tak jak na chwilę – w czasie jednej z nich – marzenia bohatera opowiadania Dostojewskiego wydają się stawać rzeczywistością.

Ale ta konfrontacja marzeń i rzeczywistości jest bolesna. Za chwilę spełnienia marzyciel płaci wysoką cenę. Nie tak wysoką, jak Werter, który – jak pamiętamy - popełnił – wyreżyserowane samobójstwo. Marzyciel – pozornie - powinien podążyć jego drogą.

 Nasteńka odeszła z odzyskanym ukochanym – marzyciel powrócił do swego dawnego świata przypominającego rozbite lustro, które ktoś, niewprawną ręką, próbował posklejać. Nic nie będzie już takie jak dawniej. Iluzoryczność marzeń odsłania się przed nim w całej swej pełni. Jednak on – dokonując w świetle poranka podsumowania tej konfrontacji – uważa, że było warto. Nawet jeśli spełnienie trwało tyle, ile zajmuje dziecku podniesienie kamienia i rzucenie nim w taflę lustra.

Dostojewski pozostawia nas jednak z mnóstwem pytań. Nie zostają zadane wprost – jednak brzęczą w głowie jak natrętne muchy w upalne lipcowe południe. Czy marzyciel odnowi znajomość z Nasteńką? Czy popełni samobójstwo po miesiącach funkcjonowania w niszczącym go „trójkącie”? A może jednak uda mu się odbudować własny, wewnętrzny świat? Dostojewski niczego nie przesądza i pozwala nam samodzielnie dopisać dalszy ciąg historii petersburskiego Wertera.

***

Siłą rozpędu przeczytałam drugie opowiadanie w zbiorze – Łagodną, którego tytuł bywa też tłumaczony jako Potulna. W przedmowie „Do czytelnika” Dostojewski zapowiada treść utworu:

Proszę sobie wyobrazić męża, którego żona leży na stole martwa: przed kilkoma godzinami popełniła samobójstwo, rzuciwszy się z okna. Jest wzburzony i jeszcze nie zdążył zebrać myśli. Chodzi po pokojach i usiłuje zdać sobie sprawę z tego, co zaszło, „uporządkować swe myśli”. Dodajmy, że jest to zagorzały hipochondryk z gatunku tych, co sami ze sobą rozmawiają. Oto właśnie mówi sam do siebie, referuje sprawę, wyjaśnia ją sobie. Mimo pozornej ciągłości tej relacji, niejednokrotnie przeczy sobie – zarówno logicznie, jak uczuciowo. To usprawiedliwia siebie, to oskarża ją i wdaje się w uboczne rozważania: mamy tu i wulgarność myśli, i serca, i głębię uczucia.

Pomimo, iż Dostojewski przez tę przedmowę odsłania przed nami treść opowiadania – nadal tkwi w nim tajemnica. Dlaczego kobieta popełniła samobójstwo? Na ile prawdziwa jest relacja o ich małżeństwie opowiedziana w stanie najwyższego wzburzenia przez jej męża? Jaką tajemnicę odkryć chce przed nami Dostojewski – odkrywając tak wiele z treści tekstu?

Śmierć samobójcza – zwłaszcza, jeśli przytrafia się w najmniej spodziewanym momencie – zawsze dotyka najbliższych. Rodzi pytania – choćby mimowolne – czy to moja wina? Czy to ja się do tego czynu przyczyniłem/przyczyniłam? Mąż skonfrontowany z zagadką śmierci ukochanej próbuje rozwikłać tę tajemnicę. Z jego monologu wyłania się przerażający, ale i zarazem fascynujący, obraz przemocy domowej – piekła zgotowanego ukochanej osobie w imię miłości i pragnienia urzeczywistnienia swoich fantazji. I ten bohater określa sam siebie mianem marzyciela – jak różne jednak w skutkach są marzenia, które nosi on w sercu do tych, które skrywa bohater Białych nocy. A zarazem – jak podobne w treści…

W tych kilka godzin, które obejmuje akcja opowiadania, bohater staje przed najbardziej surowym i bezwzględnym z ziemskich trybunałów – przed własnym sumieniem. Analizując historię swojego małżeństwa jest dla siebie jednocześnie i oskarżycielem, i obrońcą, i sędzią. Gdy z potoku słów – nieznacznie wygładzonych przez Dostojewskiego –  morza samooskarżeń, usprawiedliwień, gorących zapewnień, pytań, na które już nie można odnaleźć odpowiedzi, padają wreszcie z ust bohatera słowa: Zadręczyłem ją – oto prawda! – możemy odnieść triumfalne wrażenie, że oto dokonuje się w jego życiu przełom. Że wydostaje się ze sztywnej skorupy egoizmu i tyranii, przezwycięża potrzebę kontroli i podporządkowania, że odrzuca kompleksy, które zdeterminowały jego los. Czy aby jednak na pewno? Ostatnie słowa, wypowiedziane przez niego – na chwilę przed tym, gdy zapadnie kurtyna i zgasną światła, każą nam jednak o tym powątpiewać…

***

Forma… Nie jestem w stanie ocenić jakości przekładu – moja przygoda z językiem rosyjskim zakończyła się - niestety – po szkole podstawowej. Przesycony patosem i uczuciami język Białych nocy harmonizuje z treścią utworu – emocje grają w nim na najwyższej strunie. I w sumie to mi w tym opowiadaniu przeszkadzało. Nawet Broniewski jako tłumacz nie był w stanie mi tego osłodzić…

Natomiast Łagodna to mistrzostwo formy. Dostojewski świetnie uchwycił emocje człowieka stojącego na skraju przepaści i dokonującego rozrachunku ze swoim życiem i małżeństwem. Mocna, soczysta, druzgocząca proza. Świetny tekst dla aktora, który szuka materiału do monodramu. Chciałabym zobaczyć to na scenie.

***

Na koniec kwestia, która po przeczytaniu tych opowiadań nie daje mi spokoju…

Doborem tekstów w zbiorach opowiadań rządzi zwykle jakaś logika (piszę „zwykle” – bo niekiedy doprawdy trudno mi ją dostrzec w niektórych antologiach). Taki wybór może stanowić zapis tego, co najlepsze w twórczości danego autora – swoistą reprezentatywną próbkę geniuszu, przynętę – zachętę do dalszych poszukiwań. Może mieć on również ambicję ukazania rozwoju warsztatu pisarza albo przemian, jakie zachodzą w tematyce jego tekstów.  Może wreszcie być pewnego rodzaju zapisem stanu świadomości autora – na danym etapie jego literackiej kariery.

W związku z tym nasuwa mi się pytanie – dlaczego redaktorzy postanowili zestawić ze sobą te dwa opowiadania? Białe noce i Łagodną. Jakie nowe horyzonty mogą odsłonić się przed czytelnikiem jeśli zderzy ze sobą te dwa teksty? Jeśli przeczyta jeden przez pryzmat drugiego i odwrotnie?

Mam kilka przemyśleń, które stanowią mój prywatny zapis z eksperymentu, jakim było zderzenie ze sobą tych opowiadań. Ale kwestię tę chcę pozostawić otwartą – bez narzucania mojej perspektywy – jako pewnego rodzaju zaproszenie do refleksji dla każdego potencjalnego odbiorcy tego tomu.



środa, 11 maja 2011, j.szern

Polecane wpisy

Komentarze
2011/05/24 23:18:20
Dostojewskiego zaczytałam na amen, nie bardzo rzucałam w ścianę (chociaż "Biesami" może trzeba było, bo namęczyłam się okrutnie :), więc już z początku różni się nasz pogląd na te dwa opowiadania, które ja czytałam w trakcie długiego ciągu Dostojewskiego wśród moich lektur. Ale Twój tekst bardzo mi się spodobał, mimo stosunkowo niefortunnych stosunków z pisarzem przemyślałaś dużo, również dużo napisałaś i to bardzo interesująco :)
Akurat "Białe noce" wspominam obojętnie, romantyczne porywy zaznaczone w tym opowiadaniu znacznie bardziej niż w jego innych książkach, znudziły mnie, irytowały. Chociaż ujęło mnie zakończenie, w którym Dostojewski nie zakończył ciężką kropką, zdecydowanym krokiem. Wyszło naturalniej, niż w używanym przez Ciebie do porównania Werterze. A imię Marzyciela nie umknęło Ci, to bezimienny Marzyciel :)

Ale "Łagodna"! Cudo, ten facet (mąż znaczy) jest szalony w swoim egoistycznym światku, to nie ulega kwestii. Ale przewrotność tego tekstu należy docenić. Wnikliwą wiwisekcję miłości w najgorszej formie.
Jestem ciekawa, co pomyślałabyś np. o jednej z moich ulubionych jego książek/opowiadań właściwie, "Graczu".