Blog > Komentarze do wpisu
Kobieta i mężczyzna

Latem 2005 roku pojechałam do Warszawy. Miałam ambitny plan zakotwiczenia się w Bibliotece Narodowej na tydzień – dwa i szukania materiałów do mojej pracy magisterskiej. Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy – że Narodowa zostanie zamknięta na czas akurat mojego przyjazdu. Pocałowałam klamkę – a właściwie – metalowe pręty ogrodzenia, poszwędałam się po parku i wróciłam do mieszkania koleżanki. Kolejny tydzień spędziłam jeżdżąc autobusami po mieście, którego nie znam i które mnie trochę przytłaczało (było niemiłosiernie gorąco… ale ja bardzo lubię jeździć autobusami), wydając ostatnie grosze na filmy dodawane do gazet i czytając. Kiedy moja koleżanka siedziała pracy, ja wylegiwałam się rano w łóżku z książkami.

Czytałam wówczas S@motność w sieci Janusza Leona Wiśniewskiego i frustrację spowodowaną tą lekturą przegryzałam Wywiadem z wampirem Anne Rice. Gdyby nie to, że książkę Wiśniewskiego znalazłam na półce u koleżanki (bestseller czytany z niejakim opóźnieniem – jakie to dla mnie typowe), pewnie przefrunęłaby kilka razy przez pokój zawadzając o meblościankę naprzeciwko. Wszystko irytowało mnie w tej książce. Bohaterowie skrojeni na miarę dla czytelniczek babskich czasopism "ą" i "ę", fabuła - nagromadzenie historii miłosnych pozbawionych happy endu, kompozycja – meandry opowieści, wśród których przed zgubieniem chronił mnie najwyraźniej św. Krzysztof… Wszystko to podlane sosem – nie czułości, tylko czułostkowości… Brrr… Strasznie się wymęczyłam i poświęciłam całą godzinę na cichą medytację poświęconą temu, co ze mną nie tak, skoro tysiące czytelników (a raczej czytelniczek) wypłakiwało oczy i zostawiało nosy w chusteczkach jednorazowych, a po mnie ta opowieść spłynęła…

Z reguły nie jestem pamiętliwa i nawet autorom, których pierwociny nie przypadły mi do gustu, daję kolejną szansę. Przeczytałam zatem Los powtórzony (nuda, wszystko już było), Martynę (Jezu, co za trauma) i Zespoły napięć (jak wcześniej). Żaden autor, który mnie nie zachwycał nie dostał ode mnie tylu szans co Wiśniewski. 188 dni i nocy przeczytałam tylko dlatego, że ta książka ma współautorkę w postaci Małgorzaty Domagalik, a kiedyś kupiłam tę książkę z gazetą na straganie (książka w charakterze dodatku, gazeta – do wanny) i od tamtej pory leżała u mnie dopóki nie wpasowała się tytułem do „nocnego wyzwania”.


 M. Domagalik & J. L. Wiśniewski

 

188 dni i nocy to nie powieść ani opowiadanie, nawet nie felieton – dla odmiany dostajemy zbiór listów, które wymieniali między sobą żywi i istniejący nie tylko na papierze ludzie. Z Małgorzatą Domagalik Wiśniewski porusza całe spektrum tematów dla siebie charakterystycznych – znajdziemy tu rozważania o kobietach i kobiecości, mężczyznach i męskości, samotności, Internecie, podróżach, seksie, anatomii (kobiecej i męskiej), spacerach, genetyce, bezdomnych, pisaniu, rodzinie, feminizmie, seksie, przemijaniu, dzieciach, orgazmie, krytykach literackich, Warszawce i innych miejscach, Kinsey’u, ewolucji, popularności, szczęściu, nieszczęściu, itp. Ergo – standard. Nie tematyka jednak w tej książce mnie zainteresowała, ale portret ludzi, który się z ich wzajemnej korespondencji wyłania. Niezgodnie z tytułem wpisu i wbrew zasadom savoir-vivre'u ;)

Mężczyzna …

Janusz Leon Wiśniewski. Człowiek sukcesu. Ma żonę, o której niewiele pisze i córki, o których pisze nieco więcej. Ma pracę, która dostarcza mu satysfakcji. Podróżuje. Niby wrażliwiec – nadstawia ucha i słucha zwierzeń żebraków i kobiet. Feminista, który zaglądając kobietom głęboko w oczy i w duszę, nie omieszka również zajrzeć im w dekolt i pod spódnicę. Niby spełniony – a jednak wybija się w jego wypowiedziach jakiś kompleks. Olśniewa wiedzą z genetyki, anatomii, psychologii czy ewolucji, przytacza liczby, powołuje się na statystyki – a przez to wszystko przebija się prośba chłopczyka, który chce zaimponować swojej rozmówczyni. „Doceń mnie! Podziwiaj mnie!” – mówi między słowami. Niby jest zainteresowany kobietą, do której pisze, ale tak naprawdę tańczy taniec wokół prywatnych luster – przegląda się w swoich słowach i kontempluje swój pępek. Boli go krytyka jego powieści – włożył w nie tyle serca i pracy, a źli krytycy z Warszawki nie potrafią tego docenić. Dlatego tym bardziej cieszy się, że doceniają go czytelnicy, pardon – czytelniczki. I dlatego też jest w stanie zrobić dla nich wiele – nawet przejechać kilkaset kilometrów z Niemiec do Polski, żeby sprawić niespodziankę jednej z nich. Zadaje Małgorzacie Domagalik takie pytania, od których skręca mi się żołądek („Który raz był dla Pani ważniejszy – ten pierwszy czy ten ostatni?”, „Jaki mężczyzna wywołał u Pani ostatnio zachwyt?", Czym była dla Pani utrata dziewictwa?"). I jest czułostkowy. Mdląco i nadmiernie czułostkowo-wrażliwo-romantyczny.

A jednocześnie – przy całej stereotypowości przełamywania stereotypów, przy całej mdławej czułostkowości, przy całym jego naukowo-erudycyjno-olśniewającym wodolejstwie – potrafi zaskoczyć celnym zdaniem czy uwagą. Wplecioną gdzieś mimochodem – jak rodzynki w zakalec – zdania te udowadniają, że w Wiśniewskim tkwi potencjał na pisarza, a nie tylko zbieracza anegdot i wyciskacza kobiecych łez i portfeli.

Dlatego mam żal – nie do niego, lecz do jego czytelniczek. Bo to ich bezkrytyczne uwielbienie sprawia, że kopniaki, które dostaje od krytyków literackich (którzy bynajmniej nie są krytykantami) spływają po nim, jak deszcz po kaczce. Lud się nie myli – wnioskuje z właściwą sobie logiką pisarz. Skoro go kupują, skoro go podziwiają, to znaczy, że to, co robi ma sens i jest dobre. Nie jest – bywa, w okruchach, w dotknięciach – broni się zdaniami, ale nie ogółem. Jednak dopóki czytelnicy nie otworzą szeroko oczu i nie dostrzegą, że teksty Wiśniewskiego to fasada, smutny parawan, który kryje NIC lub najwyżej NIEWIELE (kilka prawd oczywistych i kompleksy autora), dopóty Wiśniewski nie pójdzie dalej i nie rozwinie się jako pisarz. Szkoda by było – bo pamiętam, że podobne wrażenie jak jego książki, czyniły na mnie pierwociny talentu Remarque’a. Tyle, że do prozy tego ostatniego z jego najlepszych czasów, będę wracać, a o prozie Wiśniewskiego chcę póki co jak najszybciej zapomnieć.

… i kobieta

Małgorzata Domagalik. Wyważona i ostrożna. Rozsądna. Zdystansowana. Jej odpowiedzi są krótsze, bardziej treściwe – pisane z pewnym dystansem – do siebie i do rozmówcy. Nie brak jej zaangażowania, ale potrafi znaleźć słowa, którymi je wyrazi tak, żebym nie dostała kolejnej fali mdłości. To kobieta z klasą. Właśnie – kobieta. Przez wielkie K. Żadna tam rozedrgana siusiumajtka, które na pęczki powołuje do życia Wiśniewski. Jest osobą spełnioną, a nie poszukującą. Szczęśliwą – trudnym i wypracowanym szczęściem, którego cenę zdążyła poznać – a nie smutno-zamyślona. Nie pije po nocach red bulla z whisky w biurze i nie zaczepia obcych osób w Internecie. Jest feministką, ale nie pali stanika i nie łamie obcasów w butach. Pewna siebie i swojej wartości, dobitnie mówi o swoich poglądach – bez uniesień i krzyku. Feministka – ale, jakby ją określił mój znajomy – po prostu normalna kobieta. Nawet na pytania Wiśniewskiego odpowiada w taki sposób, że nie można odmówić jej klasy.

To sól i pieprz (i każda inna możliwa, wyrazista przyprawa) tej książki.

***

Czytałam u kogoś, że można ominąć spokojnie listy Wiśniewskiego i skupiać się na tym, co pisze Domagalik. Nie wiem, czy to dobra metoda lektury tej książki – nie próbowałam, przeczytałam ją kanonicznie – od deski do deski. Mam co do niej pewne wątpliwości – bo to Wiśniewski głównie inicjuje dyskusję, narzuca tematy, do których Domagalik się ustosunkowuje. Ten sposób lektury z pewnością sprawia

To, że czytałam książkę „kanonicznie”, nie oznacza, że nie miałam niekiedy ochoty przewrócić kilku stron i opuścić tematów, których rozważanie mnie nie interesowało. To też jest jakiś sposób na poradzenie sobie z tą książką – można zawsze przeskoczyć dalej, bez większej szkody dla odbioru całości. Nie traci się wątku – bo fabuły tutaj nie ma.

Chociaż… Jak się dłużej zastanawiam nad tym – to właściwie jest tu fabuła. Bo pomiędzy słowami tych listów ukryta jest historia rodzącej się przyjaźni pomiędzy kobietą i mężczyzną. Przyjaźni pozornie niemożliwej – bo przyjęło się sądzić, że taka relacja jest tylko i wyłącznie preludium do „czegoś” więcej. Przyjaźni, która nie może istnieć nie tylko ze względu na płeć piszących, ale również ze względu na odległość między nimi i sposób wymiany myśli (e-maile).

Tymczasem – na przekór stereotypom i obiegowym opiniom, ta przyjaźń się rozwija. Możemy obserwować jak obie strony otwierają się coraz bardziej, rezygnują z pierwotnego dystansu, stopniowo budują zaufanie. Różnią się w poglądach, ale potrafią się „pięknie różnić” – nie zgadzać się i dyskutować bez wzajemnego obrażania się i inwektyw. Z szacunkiem. Bez chwytów poniżej pasa typu: „myślisz jak baba”, „oto poglądy typowego samca”. Na przekór stereotypowi.

Powraca tu znów pytanie – czy przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną jest możliwa? Moim zdaniem – jest. Jeśli obie strony żyją w poczuciu satysfakcji i otwierają się na siebie nie z potrzeby kompensowania sobie strat w życiu (nieudanego związku, niepowodzeń w pracy, itp.) wówczas znika przeszkoda w postaci ryzyka nadmiernego zaangażowania się z podtekstem.

Podobnie jest ze znajomościami w Internecie. W sieci, w której czas i przestrzeń przestają mieć istotne znaczenie, jest miejsce na swobodną wymianę myśli. Można tu poznać drugiego człowieka – to, na ile, zależy oczywiście od stopnia szczerości i otwartości obu stron. Nie jestem jednak zwolenniczką opinii, że prawdziwa rozmowa może odbywać się tylko twarzą w twarz. I w ten sam sposób jedynie może się rodzić „prawdziwa” więź pomiędzy ludźmi.

Inna sprawa to to, na ile autorzy listów zawartych w 188 dniach i nocach są  ze sobą i z czytelnikami szczerzy. Czy już rozpoczynając korespondencję któreś z nich myślało o jej wydaniu? Czy dokonywali skrótów, poprawek w swoich wiadomościach, kiedy zdecydowali się je upublicznić i wydać? A może są jakieś wiadomości, które zdecydowali się pominąć – bo były zbyt intymne i nie przeznaczone dla tłumu czytelników?

Warto było – mimo że Wiśniewski pozostaje Wiśniewskim i nie różni się prywatnie nijak od tworzonych przez siebie bohaterów – sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, żeby zastanowić się nad ilością szans, które się daje pisarzowi. Dla Małgorzaty Domagalik. Dla możliwości obserwowania rodzenia się przyjaźni, która wydaje się być niemożliwa. Dla obserwacji zderzenia dwóch spojrzeń na świat i ludzi – spojrzeń kobiety i mężczyzny.

Inna sprawa, że kiedy myślę o tym, kto jest kim w tej relacji, zaczynają mnie ogarniać poważne wątpliwości. Bo Domagalik wydaje mi się być niepokojąco bardziej męska niż J. L. Wiśniewski… ;)



 



sobota, 12 listopada 2011, j.szern

Polecane wpisy