Blog > Komentarze do wpisu
Życie ukryte w słowach

margaret atwood

 

Nadal dziwię się, jakim cudem książkę Atwood czytałam przez kilka miesięcy zamiast w dwie godziny w czasie leniwego popołudnia. Czytałam jeden tekst – odkładałam – przegryzałam czymś innym – wracałam. I abarot. Morderstwo w ciemnościach to niepozorna książka, która kryje w sobie kilka pułapek. Warto jest mieć ich świadomość, żeby uniknąć ewentualnych rozczarowań i skoncentrować się na li jedynie smakowaniu tekstu.

Pierwszą  pułapką jest tytuł. Sugestywny, owszem, jednak ci, którzy się spodziewają sążnistego kryminału – lub chociaż opowiadania detektywistycznego – srodze się rozczarują. Nie ukrywam, że mimo przeczytania w Internecie opisu tej pozycji, w którym nie było ani słówka o wątkach kryminalnych, ale po cichu liczyłam, że jednak coś wyłuskam. Nie wyłuskałam.

Bo „morderstwo w ciemności” to metafora. Gra*, w którą bawiła się Atwood dwa razy – najpierw jako młoda dziewczyna, a później już jako osoba dorosła, zamienia się w opowieść o relacji pisarz – czytelnik/krytyk:

Powiedzmy, że mordercą jest pisarz, czytelnik jest detektywem, a książka będzie ofiarą. Albo mordercą jest pisarz, detektywem krytyk, a ofiarą czytelnik. W takim przypadku książka stałaby się też scenografią, łącznie z lampą, która niby przypadkiem przewróci się i potłucze. Ale naprawdę fajniej jest po prostu w to grać.

Tak czy siak, to ja stoję w ciemności. Mam jakiś plan, knuję straszliwą zbrodnię, już wyciągam ręce do twojej szyi albo, przez pomyłkę, do uda. Zbliżam się, słyszysz moje kroki, mam na sobie wysokie buty, trzymam nóż, a może to jest rewolwer z perłową rękojeścią, w każdym razie buty mają bardzo miękkie podeszwy, widzisz filmowy błysk mojego papierosa, chociaż wiesz, że nie palę. Papieros rozżarzy się i zgaśnie w mglistym mroku ulicy czy pokoju. Pamiętaj tylko, że gdy w końcu ucichnie krzyk i zapalisz światło, ja zawsze muszę kłamać. Takie są reguły gry.

Więc – czy mi wierzysz?

Jest w tych słowach zaproszenie, ale i ostrzeżenie. Przychodzi ono w środku tego zbioru, kiedy czytelnik już może odnieść wrażenie, że czegoś się o Atwood dowiedział – ostatecznie sprawia wrażenie, że wykorzystuje ona wydarzenia ze swojego życia, by snuć swoje opowieści. W świetle tych słów o grze w „morderstwo w ciemności” określenie „sprawia wrażenie” jest jak najbardziej zasadne.

Drugą pułapką jest treść. Z okruchów wspomnień, z codziennych drobiazgów, z dotknięć i migawek życia czy literatury, Atwood potrafi wydobyć drugie, trzecie, ba, nawet i czwarte dno. Czy pisze o dzieciństwie, czy o książkach, czy o sztuce pisania, czy o podróżach – unika przekleństwa łopatologiczności. Jej teksty są pretekstem do rozważań nad naturą stereotypu, życia, śmierci, kobiety, pisania, zderzenia z inną kulturą, itp. Są zarazem pełne niedopowiedzeń – stwarzają olbrzymią przestrzeń, którą czytelnik musi wypełnić sobie samodzielnie – pracą własnej wyobraźni i myśli. Zwłaszcza pierwsza część wypełniona jest symbolami, a to, w jaki sposób je zinterpretuje, jest jego wyborem. Musi tylko pamiętać o tym, że jest to też element gry – a morderca czyha na niego w ciemnościach.

Wreszcie trzecia pułapka - forma. Nie jest to powieść. Trudno nazwać ten zbiór tekstów opowiadaniami. Ci, którzy bowiem liczą na fabułę, chociaż szkicowo zarysowanych bohaterów czy wartką akcję – rozczarują się. Większość tekstów zajmuje jedną stronę. Kilka jest dłuższych. Nie mniej jednak stanowią one bardziej próbę uchwycenia ulotnych myśli, medytację nad zagadnieniem niż   Bliższa prawdzie nazwa to szkice lub obrazy. A może nazwać teksty Atwood impresjami? Okruszkami? Mikroesejami? Rozpacz genologa – podobna do tej, którą opisywał Tatarkiewicz w przypadku badacza starającego się zdefiniować pojęcie „romantyzm” - staje się moim udziałem, kiedy próbuję określić formę tych tekstów.

Ostatni rok to dla mnie czas odkrywania krótkich form literackich. Zawsze lubiłam poezję – właśnie za jej dar kondensacji. Za to, że w kilku słowach jest w stanie zawrzeć paradoks istnienia, bólu, śmierci, radości. Mimo to – kiedy wybierałam sobie kolejne lektury – patrzyłam zwykle na ich objętość. Opowiadanie, krótkie formy – to były dla mnie przystawki do sutego obiadu. Im grubsza książka – tym większa radość – myślałam. W zetknięciu z tekstami Atwood – i innych pisarzy, których miałam okazję w krótkich formach ostatnio sprawdzać – ta zasada nie znalazła potwierdzenia. Atwood bowiem potrafi nasycić jedną stronę tekstu taką ilością treści, jakiej często nie wyciskam z wielowątkowej, pisanej z epickim rozmachem powieści. To, co inni podają niekiedy w dawkach homeopatycznych, wielokrotnie rozcieńczone, ona ogranicza i kondensuje do granic możliwości. Może właśnie w tym tkwi tajemnica mojego nowego czytelniczego rekordu: najkrótsza książka czytana przez długi czas?

Jedna tylko rzecz nadal mnie gnębi – być może umyka mi ona, bo jestem humanem-tumanem i pozornie nieskażonym iskrą matematyczną. Na okładce bowiem znalazła się tajemnicza zapowiedź: „w dziesięciu krótkich opowiadaniach”... A ja teraz sobie siedzę i dumam: jakich u licha dziesięciu? Kombinuję w tę i z powrotem ze spisem treści. Jak wół: cztery części wyróżnione cyframi rzymskimi, dwadzieścia siedem tekstów… Nie widzę czwórki – chyba, że została ona domyślnie przypisana autorce, jako symbol doskonałości ziemskiej. Jeśli tak – to zgadzam się, jej teksty są doskonałe. Każdy z nich jest więcej wart, niż dorobek życia całkiem pokaźnej armii pisarzy.

To moje pierwsze spotkanie z kanadyjską pisarką. Pierwsze, ale nie ostatnie – na półce czekają jeszcze Kobieta do zjedzenia i Pani wyrocznia. Pewnego dnia się doczekają. Doigrają :)

___

*) Atwood podaje następujący opis tej gry:

Zwijamy kawałki papieru i wrzucam do kapelusza, do miski albo kładziemy na środku stołu. Każdy wyciąga jeden zwitek. Kto wyciągnie x, jest detektywem, kto znajdzie czarną kropkę, jest zabójcą. Detektyw wychodzi z pokoju i gasi światło. Wszyscy krążą po omacku po pokoju, póki morderca nie wybierze ofiary. Może jej szepnąć: „nie żyjesz”, albo objąć dłońmi za gardło i ścisnąć na niby, ale zdecydowanie. Ofiara krzyczy i pada na ziemię. W tym momencie wszyscy stają w miejscu, prócz mordercy, który oczywiście nie chce dać się złapać. Detektyw liczy do dziesięciu, zapala światło i wchodzi do pokoju. Może teraz przesłuchiwać każdego, oprócz ofiary, której nie wolo odpowiadać, bo nie żyje. Wszyscy poza mordercą muszą mówić prawdę. Morderca musi kłamać. (s. 40)



poniedziałek, 07 listopada 2011, j.szern

Polecane wpisy