Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | nie | Plany | poezja
RSS
niedziela, 04 grudnia 2011
„Wschodzący księżyc” - Keri Arthur

WK

            „Ostrzegałam go nie tak dawno, że jestem wilkiem gotowym walczyć o to, w co wierzę. I chciałam walczyć o to, by poznać wszystkie wszystkie niezbędne możliwości, które mieliśmy.”*

           Od zawsze była inna i przez to musiała odejść od rodziny. Stara się żyć normalnie o tyle o ile może. Pracuje tam gdzie jej brat. Jej spokojne i w miarę ustabilizowane życie ma niedługo runąć ponieważ ktoś odkrył kim jest i najwyraźniej jest mu do czegoś potrzebna... Tylko do czego?

 

Na całość recenzji zapraszam do: http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/2011/12/wschodzacy-ksiezyc-keri-arthur.html

środa, 16 listopada 2011
Noc majowa - J.I.Kraszewski

a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-N1peTevCNEU/Tl3550j1LAI/AAAAAAAAAnk/XfHsNo9vbzQ/s1600/img.archiwumallegro.pl.jpeg">

 

Książka Kraszewskiego wygląda na wariację na temat wiernej Penelopy i powracającego Odyseusza. Tyle, że jest to przypadek niejako odwrotny. Zesłanego na Sybir Karola, uczestnika powstania listopadowego, czekała w domu kilka niemiłych niespodzianek, z których najmniej dotkliwą był jego własny portret na ścianie przepasany żałobnym kirem... Jak poradzi sobie Karol (i inni bohaterowie) z trudną sytuacją, w jakiej znaleźli przez zawirowania historii? To opowieść naznaczona cierpieniem i raczej smutna. W końcowych partiach ma nieść nadzieję, ale skoro to nadzieja w sumie... pośmiertna, to trudno, aby czytelnik odłożył książkę pokrzepiony. Jak dla mnie - ta książka to antyromans. Gdyby nie miłość bohaterów (Karola i jego żony), ich losy potoczyłyby się pewnie inaczej, a na pewno mniej by cierpieli. Gdyby nie miłość do dziecka , również Karol dokonywałby innych wyborów. A z drugiej strony - czy ich życie byłoby wówczas coś warte?

15:03, izabella_g
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 listopada 2011
Kobieta i mężczyzna

Latem 2005 roku pojechałam do Warszawy. Miałam ambitny plan zakotwiczenia się w Bibliotece Narodowej na tydzień – dwa i szukania materiałów do mojej pracy magisterskiej. Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy – że Narodowa zostanie zamknięta na czas akurat mojego przyjazdu. Pocałowałam klamkę – a właściwie – metalowe pręty ogrodzenia, poszwędałam się po parku i wróciłam do mieszkania koleżanki. Kolejny tydzień spędziłam jeżdżąc autobusami po mieście, którego nie znam i które mnie trochę przytłaczało (było niemiłosiernie gorąco… ale ja bardzo lubię jeździć autobusami), wydając ostatnie grosze na filmy dodawane do gazet i czytając. Kiedy moja koleżanka siedziała pracy, ja wylegiwałam się rano w łóżku z książkami.

Czytałam wówczas S@motność w sieci Janusza Leona Wiśniewskiego i frustrację spowodowaną tą lekturą przegryzałam Wywiadem z wampirem Anne Rice. Gdyby nie to, że książkę Wiśniewskiego znalazłam na półce u koleżanki (bestseller czytany z niejakim opóźnieniem – jakie to dla mnie typowe), pewnie przefrunęłaby kilka razy przez pokój zawadzając o meblościankę naprzeciwko. Wszystko irytowało mnie w tej książce. Bohaterowie skrojeni na miarę dla czytelniczek babskich czasopism "ą" i "ę", fabuła - nagromadzenie historii miłosnych pozbawionych happy endu, kompozycja – meandry opowieści, wśród których przed zgubieniem chronił mnie najwyraźniej św. Krzysztof… Wszystko to podlane sosem – nie czułości, tylko czułostkowości… Brrr… Strasznie się wymęczyłam i poświęciłam całą godzinę na cichą medytację poświęconą temu, co ze mną nie tak, skoro tysiące czytelników (a raczej czytelniczek) wypłakiwało oczy i zostawiało nosy w chusteczkach jednorazowych, a po mnie ta opowieść spłynęła…

Z reguły nie jestem pamiętliwa i nawet autorom, których pierwociny nie przypadły mi do gustu, daję kolejną szansę. Przeczytałam zatem Los powtórzony (nuda, wszystko już było), Martynę (Jezu, co za trauma) i Zespoły napięć (jak wcześniej). Żaden autor, który mnie nie zachwycał nie dostał ode mnie tylu szans co Wiśniewski. 188 dni i nocy przeczytałam tylko dlatego, że ta książka ma współautorkę w postaci Małgorzaty Domagalik, a kiedyś kupiłam tę książkę z gazetą na straganie (książka w charakterze dodatku, gazeta – do wanny) i od tamtej pory leżała u mnie dopóki nie wpasowała się tytułem do „nocnego wyzwania”.


 M. Domagalik & J. L. Wiśniewski

 

188 dni i nocy to nie powieść ani opowiadanie, nawet nie felieton – dla odmiany dostajemy zbiór listów, które wymieniali między sobą żywi i istniejący nie tylko na papierze ludzie. Z Małgorzatą Domagalik Wiśniewski porusza całe spektrum tematów dla siebie charakterystycznych – znajdziemy tu rozważania o kobietach i kobiecości, mężczyznach i męskości, samotności, Internecie, podróżach, seksie, anatomii (kobiecej i męskiej), spacerach, genetyce, bezdomnych, pisaniu, rodzinie, feminizmie, seksie, przemijaniu, dzieciach, orgazmie, krytykach literackich, Warszawce i innych miejscach, Kinsey’u, ewolucji, popularności, szczęściu, nieszczęściu, itp. Ergo – standard. Nie tematyka jednak w tej książce mnie zainteresowała, ale portret ludzi, który się z ich wzajemnej korespondencji wyłania. Niezgodnie z tytułem wpisu i wbrew zasadom savoir-vivre'u ;)

Mężczyzna …

Janusz Leon Wiśniewski. Człowiek sukcesu. Ma żonę, o której niewiele pisze i córki, o których pisze nieco więcej. Ma pracę, która dostarcza mu satysfakcji. Podróżuje. Niby wrażliwiec – nadstawia ucha i słucha zwierzeń żebraków i kobiet. Feminista, który zaglądając kobietom głęboko w oczy i w duszę, nie omieszka również zajrzeć im w dekolt i pod spódnicę. Niby spełniony – a jednak wybija się w jego wypowiedziach jakiś kompleks. Olśniewa wiedzą z genetyki, anatomii, psychologii czy ewolucji, przytacza liczby, powołuje się na statystyki – a przez to wszystko przebija się prośba chłopczyka, który chce zaimponować swojej rozmówczyni. „Doceń mnie! Podziwiaj mnie!” – mówi między słowami. Niby jest zainteresowany kobietą, do której pisze, ale tak naprawdę tańczy taniec wokół prywatnych luster – przegląda się w swoich słowach i kontempluje swój pępek. Boli go krytyka jego powieści – włożył w nie tyle serca i pracy, a źli krytycy z Warszawki nie potrafią tego docenić. Dlatego tym bardziej cieszy się, że doceniają go czytelnicy, pardon – czytelniczki. I dlatego też jest w stanie zrobić dla nich wiele – nawet przejechać kilkaset kilometrów z Niemiec do Polski, żeby sprawić niespodziankę jednej z nich. Zadaje Małgorzacie Domagalik takie pytania, od których skręca mi się żołądek („Który raz był dla Pani ważniejszy – ten pierwszy czy ten ostatni?”, „Jaki mężczyzna wywołał u Pani ostatnio zachwyt?", Czym była dla Pani utrata dziewictwa?"). I jest czułostkowy. Mdląco i nadmiernie czułostkowo-wrażliwo-romantyczny.

A jednocześnie – przy całej stereotypowości przełamywania stereotypów, przy całej mdławej czułostkowości, przy całym jego naukowo-erudycyjno-olśniewającym wodolejstwie – potrafi zaskoczyć celnym zdaniem czy uwagą. Wplecioną gdzieś mimochodem – jak rodzynki w zakalec – zdania te udowadniają, że w Wiśniewskim tkwi potencjał na pisarza, a nie tylko zbieracza anegdot i wyciskacza kobiecych łez i portfeli.

Dlatego mam żal – nie do niego, lecz do jego czytelniczek. Bo to ich bezkrytyczne uwielbienie sprawia, że kopniaki, które dostaje od krytyków literackich (którzy bynajmniej nie są krytykantami) spływają po nim, jak deszcz po kaczce. Lud się nie myli – wnioskuje z właściwą sobie logiką pisarz. Skoro go kupują, skoro go podziwiają, to znaczy, że to, co robi ma sens i jest dobre. Nie jest – bywa, w okruchach, w dotknięciach – broni się zdaniami, ale nie ogółem. Jednak dopóki czytelnicy nie otworzą szeroko oczu i nie dostrzegą, że teksty Wiśniewskiego to fasada, smutny parawan, który kryje NIC lub najwyżej NIEWIELE (kilka prawd oczywistych i kompleksy autora), dopóty Wiśniewski nie pójdzie dalej i nie rozwinie się jako pisarz. Szkoda by było – bo pamiętam, że podobne wrażenie jak jego książki, czyniły na mnie pierwociny talentu Remarque’a. Tyle, że do prozy tego ostatniego z jego najlepszych czasów, będę wracać, a o prozie Wiśniewskiego chcę póki co jak najszybciej zapomnieć.

… i kobieta

Małgorzata Domagalik. Wyważona i ostrożna. Rozsądna. Zdystansowana. Jej odpowiedzi są krótsze, bardziej treściwe – pisane z pewnym dystansem – do siebie i do rozmówcy. Nie brak jej zaangażowania, ale potrafi znaleźć słowa, którymi je wyrazi tak, żebym nie dostała kolejnej fali mdłości. To kobieta z klasą. Właśnie – kobieta. Przez wielkie K. Żadna tam rozedrgana siusiumajtka, które na pęczki powołuje do życia Wiśniewski. Jest osobą spełnioną, a nie poszukującą. Szczęśliwą – trudnym i wypracowanym szczęściem, którego cenę zdążyła poznać – a nie smutno-zamyślona. Nie pije po nocach red bulla z whisky w biurze i nie zaczepia obcych osób w Internecie. Jest feministką, ale nie pali stanika i nie łamie obcasów w butach. Pewna siebie i swojej wartości, dobitnie mówi o swoich poglądach – bez uniesień i krzyku. Feministka – ale, jakby ją określił mój znajomy – po prostu normalna kobieta. Nawet na pytania Wiśniewskiego odpowiada w taki sposób, że nie można odmówić jej klasy.

To sól i pieprz (i każda inna możliwa, wyrazista przyprawa) tej książki.

***

Czytałam u kogoś, że można ominąć spokojnie listy Wiśniewskiego i skupiać się na tym, co pisze Domagalik. Nie wiem, czy to dobra metoda lektury tej książki – nie próbowałam, przeczytałam ją kanonicznie – od deski do deski. Mam co do niej pewne wątpliwości – bo to Wiśniewski głównie inicjuje dyskusję, narzuca tematy, do których Domagalik się ustosunkowuje. Ten sposób lektury z pewnością sprawia

To, że czytałam książkę „kanonicznie”, nie oznacza, że nie miałam niekiedy ochoty przewrócić kilku stron i opuścić tematów, których rozważanie mnie nie interesowało. To też jest jakiś sposób na poradzenie sobie z tą książką – można zawsze przeskoczyć dalej, bez większej szkody dla odbioru całości. Nie traci się wątku – bo fabuły tutaj nie ma.

Chociaż… Jak się dłużej zastanawiam nad tym – to właściwie jest tu fabuła. Bo pomiędzy słowami tych listów ukryta jest historia rodzącej się przyjaźni pomiędzy kobietą i mężczyzną. Przyjaźni pozornie niemożliwej – bo przyjęło się sądzić, że taka relacja jest tylko i wyłącznie preludium do „czegoś” więcej. Przyjaźni, która nie może istnieć nie tylko ze względu na płeć piszących, ale również ze względu na odległość między nimi i sposób wymiany myśli (e-maile).

Tymczasem – na przekór stereotypom i obiegowym opiniom, ta przyjaźń się rozwija. Możemy obserwować jak obie strony otwierają się coraz bardziej, rezygnują z pierwotnego dystansu, stopniowo budują zaufanie. Różnią się w poglądach, ale potrafią się „pięknie różnić” – nie zgadzać się i dyskutować bez wzajemnego obrażania się i inwektyw. Z szacunkiem. Bez chwytów poniżej pasa typu: „myślisz jak baba”, „oto poglądy typowego samca”. Na przekór stereotypowi.

Powraca tu znów pytanie – czy przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną jest możliwa? Moim zdaniem – jest. Jeśli obie strony żyją w poczuciu satysfakcji i otwierają się na siebie nie z potrzeby kompensowania sobie strat w życiu (nieudanego związku, niepowodzeń w pracy, itp.) wówczas znika przeszkoda w postaci ryzyka nadmiernego zaangażowania się z podtekstem.

Podobnie jest ze znajomościami w Internecie. W sieci, w której czas i przestrzeń przestają mieć istotne znaczenie, jest miejsce na swobodną wymianę myśli. Można tu poznać drugiego człowieka – to, na ile, zależy oczywiście od stopnia szczerości i otwartości obu stron. Nie jestem jednak zwolenniczką opinii, że prawdziwa rozmowa może odbywać się tylko twarzą w twarz. I w ten sam sposób jedynie może się rodzić „prawdziwa” więź pomiędzy ludźmi.

Inna sprawa to to, na ile autorzy listów zawartych w 188 dniach i nocach są  ze sobą i z czytelnikami szczerzy. Czy już rozpoczynając korespondencję któreś z nich myślało o jej wydaniu? Czy dokonywali skrótów, poprawek w swoich wiadomościach, kiedy zdecydowali się je upublicznić i wydać? A może są jakieś wiadomości, które zdecydowali się pominąć – bo były zbyt intymne i nie przeznaczone dla tłumu czytelników?

Warto było – mimo że Wiśniewski pozostaje Wiśniewskim i nie różni się prywatnie nijak od tworzonych przez siebie bohaterów – sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, żeby zastanowić się nad ilością szans, które się daje pisarzowi. Dla Małgorzaty Domagalik. Dla możliwości obserwowania rodzenia się przyjaźni, która wydaje się być niemożliwa. Dla obserwacji zderzenia dwóch spojrzeń na świat i ludzi – spojrzeń kobiety i mężczyzny.

Inna sprawa, że kiedy myślę o tym, kto jest kim w tej relacji, zaczynają mnie ogarniać poważne wątpliwości. Bo Domagalik wydaje mi się być niepokojąco bardziej męska niż J. L. Wiśniewski… ;)



 



piątek, 11 listopada 2011
„Fonsito i księżyc” – Mario Vargas Llosa

Fonsito i księżyc

            „Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje.”*

 

            Pamiętacie nasze dziecięce miłostki gdy myśleliśmy, że to ta jedyna i do końca życia, gdy mówiliśmy, że chcemy być małżeństwem z naszym ukochanym. Dla niego/niej byliśmy w stanie zrobić wszystko co mogliśmy w tej chwili jako dziecko… Ach ta nasza naiwność i wiara w możliwość dokonania wszystkiego...

Na całość recenzji zapraszam do mnie: http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/2011/11/fonsito-i-ksiezyc-mario-vargas-llosa.html

Pożeracz snów - Bettina Belitz

Pożeracz snów

            „Ponieważ tak świetnie nam się ze sobą gadało, Tillmann i ja w milczeniu doczekaliśmy, aż powoli wstał świt, leśne ptaki zaczęły swój koncert.”*
            Sen jest dla nas formą odpoczynku. Podczas jego trwania odpoczywamy i marzymy. W snach spełniają się nasze najskrytsze marzenia. Jesteśmy też pewni, że to jedyna rzecz do której jeśli tylko chcemy mamy dostęp tylko my. A co jeśli tak nie jest? Co jeśli jest ktoś kto karmi się naszymi pięknymi snami zabierając nam je i zostawiając po snach tylko pustkę, bul i smutek?

Na resztę recenzji zapraszam do mnie: http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/2011/10/pozeracz-snow-bettina-belitz.html

poniedziałek, 07 listopada 2011
Życie ukryte w słowach

margaret atwood

 

Nadal dziwię się, jakim cudem książkę Atwood czytałam przez kilka miesięcy zamiast w dwie godziny w czasie leniwego popołudnia. Czytałam jeden tekst – odkładałam – przegryzałam czymś innym – wracałam. I abarot. Morderstwo w ciemnościach to niepozorna książka, która kryje w sobie kilka pułapek. Warto jest mieć ich świadomość, żeby uniknąć ewentualnych rozczarowań i skoncentrować się na li jedynie smakowaniu tekstu.

Pierwszą  pułapką jest tytuł. Sugestywny, owszem, jednak ci, którzy się spodziewają sążnistego kryminału – lub chociaż opowiadania detektywistycznego – srodze się rozczarują. Nie ukrywam, że mimo przeczytania w Internecie opisu tej pozycji, w którym nie było ani słówka o wątkach kryminalnych, ale po cichu liczyłam, że jednak coś wyłuskam. Nie wyłuskałam.

Bo „morderstwo w ciemności” to metafora. Gra*, w którą bawiła się Atwood dwa razy – najpierw jako młoda dziewczyna, a później już jako osoba dorosła, zamienia się w opowieść o relacji pisarz – czytelnik/krytyk:

Powiedzmy, że mordercą jest pisarz, czytelnik jest detektywem, a książka będzie ofiarą. Albo mordercą jest pisarz, detektywem krytyk, a ofiarą czytelnik. W takim przypadku książka stałaby się też scenografią, łącznie z lampą, która niby przypadkiem przewróci się i potłucze. Ale naprawdę fajniej jest po prostu w to grać.

Tak czy siak, to ja stoję w ciemności. Mam jakiś plan, knuję straszliwą zbrodnię, już wyciągam ręce do twojej szyi albo, przez pomyłkę, do uda. Zbliżam się, słyszysz moje kroki, mam na sobie wysokie buty, trzymam nóż, a może to jest rewolwer z perłową rękojeścią, w każdym razie buty mają bardzo miękkie podeszwy, widzisz filmowy błysk mojego papierosa, chociaż wiesz, że nie palę. Papieros rozżarzy się i zgaśnie w mglistym mroku ulicy czy pokoju. Pamiętaj tylko, że gdy w końcu ucichnie krzyk i zapalisz światło, ja zawsze muszę kłamać. Takie są reguły gry.

Więc – czy mi wierzysz?

Jest w tych słowach zaproszenie, ale i ostrzeżenie. Przychodzi ono w środku tego zbioru, kiedy czytelnik już może odnieść wrażenie, że czegoś się o Atwood dowiedział – ostatecznie sprawia wrażenie, że wykorzystuje ona wydarzenia ze swojego życia, by snuć swoje opowieści. W świetle tych słów o grze w „morderstwo w ciemności” określenie „sprawia wrażenie” jest jak najbardziej zasadne.

Drugą pułapką jest treść. Z okruchów wspomnień, z codziennych drobiazgów, z dotknięć i migawek życia czy literatury, Atwood potrafi wydobyć drugie, trzecie, ba, nawet i czwarte dno. Czy pisze o dzieciństwie, czy o książkach, czy o sztuce pisania, czy o podróżach – unika przekleństwa łopatologiczności. Jej teksty są pretekstem do rozważań nad naturą stereotypu, życia, śmierci, kobiety, pisania, zderzenia z inną kulturą, itp. Są zarazem pełne niedopowiedzeń – stwarzają olbrzymią przestrzeń, którą czytelnik musi wypełnić sobie samodzielnie – pracą własnej wyobraźni i myśli. Zwłaszcza pierwsza część wypełniona jest symbolami, a to, w jaki sposób je zinterpretuje, jest jego wyborem. Musi tylko pamiętać o tym, że jest to też element gry – a morderca czyha na niego w ciemnościach.

Wreszcie trzecia pułapka - forma. Nie jest to powieść. Trudno nazwać ten zbiór tekstów opowiadaniami. Ci, którzy bowiem liczą na fabułę, chociaż szkicowo zarysowanych bohaterów czy wartką akcję – rozczarują się. Większość tekstów zajmuje jedną stronę. Kilka jest dłuższych. Nie mniej jednak stanowią one bardziej próbę uchwycenia ulotnych myśli, medytację nad zagadnieniem niż   Bliższa prawdzie nazwa to szkice lub obrazy. A może nazwać teksty Atwood impresjami? Okruszkami? Mikroesejami? Rozpacz genologa – podobna do tej, którą opisywał Tatarkiewicz w przypadku badacza starającego się zdefiniować pojęcie „romantyzm” - staje się moim udziałem, kiedy próbuję określić formę tych tekstów.

Ostatni rok to dla mnie czas odkrywania krótkich form literackich. Zawsze lubiłam poezję – właśnie za jej dar kondensacji. Za to, że w kilku słowach jest w stanie zawrzeć paradoks istnienia, bólu, śmierci, radości. Mimo to – kiedy wybierałam sobie kolejne lektury – patrzyłam zwykle na ich objętość. Opowiadanie, krótkie formy – to były dla mnie przystawki do sutego obiadu. Im grubsza książka – tym większa radość – myślałam. W zetknięciu z tekstami Atwood – i innych pisarzy, których miałam okazję w krótkich formach ostatnio sprawdzać – ta zasada nie znalazła potwierdzenia. Atwood bowiem potrafi nasycić jedną stronę tekstu taką ilością treści, jakiej często nie wyciskam z wielowątkowej, pisanej z epickim rozmachem powieści. To, co inni podają niekiedy w dawkach homeopatycznych, wielokrotnie rozcieńczone, ona ogranicza i kondensuje do granic możliwości. Może właśnie w tym tkwi tajemnica mojego nowego czytelniczego rekordu: najkrótsza książka czytana przez długi czas?

Jedna tylko rzecz nadal mnie gnębi – być może umyka mi ona, bo jestem humanem-tumanem i pozornie nieskażonym iskrą matematyczną. Na okładce bowiem znalazła się tajemnicza zapowiedź: „w dziesięciu krótkich opowiadaniach”... A ja teraz sobie siedzę i dumam: jakich u licha dziesięciu? Kombinuję w tę i z powrotem ze spisem treści. Jak wół: cztery części wyróżnione cyframi rzymskimi, dwadzieścia siedem tekstów… Nie widzę czwórki – chyba, że została ona domyślnie przypisana autorce, jako symbol doskonałości ziemskiej. Jeśli tak – to zgadzam się, jej teksty są doskonałe. Każdy z nich jest więcej wart, niż dorobek życia całkiem pokaźnej armii pisarzy.

To moje pierwsze spotkanie z kanadyjską pisarką. Pierwsze, ale nie ostatnie – na półce czekają jeszcze Kobieta do zjedzenia i Pani wyrocznia. Pewnego dnia się doczekają. Doigrają :)

___

*) Atwood podaje następujący opis tej gry:

Zwijamy kawałki papieru i wrzucam do kapelusza, do miski albo kładziemy na środku stołu. Każdy wyciąga jeden zwitek. Kto wyciągnie x, jest detektywem, kto znajdzie czarną kropkę, jest zabójcą. Detektyw wychodzi z pokoju i gasi światło. Wszyscy krążą po omacku po pokoju, póki morderca nie wybierze ofiary. Może jej szepnąć: „nie żyjesz”, albo objąć dłońmi za gardło i ścisnąć na niby, ale zdecydowanie. Ofiara krzyczy i pada na ziemię. W tym momencie wszyscy stają w miejscu, prócz mordercy, który oczywiście nie chce dać się złapać. Detektyw liczy do dziesięciu, zapala światło i wchodzi do pokoju. Może teraz przesłuchiwać każdego, oprócz ofiary, której nie wolo odpowiadać, bo nie żyje. Wszyscy poza mordercą muszą mówić prawdę. Morderca musi kłamać. (s. 40)



niedziela, 30 października 2011
Podsumowanie wwgnika/nika7777

W ramach tego (mojego pierwszego) wyzwania postanowiłam przeczytać następujące książki:

Te, które udało mi się przeczytać i zrecenzjować są podlinkowane, a linki prowadzą do moich recenzji. "Noc i ciemność" niestety okazała się poza moim zasięgiem (polowałam w pobliskiej bibliotece wiele razy), natomiast "Wieczór Trzech Króli" przeczytałam, ale nie zrecenzjowałam. Głównie z braku czasu, ale też i dlatego, że zdecydowanie mniej mi przypadła do gustu, niż "Sen mocy letniej". Poza tym, świetną jej recenzję napisała na tym blogu j.szern, do której ciekawych odsyłam.

Bardzo się cieszę, że wzięłam udział we współpisaniu tego blogu, z przyjemnością czytałam wszystkie wpisy i z pewnością wezmę jeszcze udział w czymś takim w przyszłości. Pozdrawiam wszystkich uczestników i Padmę :)



czwartek, 06 października 2011
Przed zachodem słońca

Tadeusz Konwicki

Przeczytać Zorze wieczorne to jak wybrać się na spacer po lesie* z Konwickim u boku. Dzień zbliża się ku końcowi, las zmienia swoje oblicze – jego twarz staje się tajemnicza, jakby oczekiwał na swoje drugie, nocne życie.

Tak, jak nie ma jednego, właściwego sposobu spacerowania po lesie, tak nie ma jednego, właściwego sposobu czytania tej książki. Można zbadać metodycznie każdą drogę, ścieżkę i ścieżynkę. Można sobie z ich labiryntu wybrać jedną i nią podążać w czasie wędrówki. Można pójść na spacer bezinteresownie, by później wyjść z lasu z naręczem liści, jagód, grzybów. Można pójść by odkryć porządek w chaosie – lub chaos w pozornym porządku. Można odczuć ukojenie lub wręcz przeciwnie – przytłoczenie barwami, odgłosami, wrażeniami.

Stąd można przeczytać tę książkę od deski do deski lub skupić się na tropieniu kręgów tematycznych. Można przeczytać opowiadanie Kilka dni wojny, o której nie wiadomo, czy była . Można skupić się nad refleksjami Konwickiego o warsztacie pisarskim. Można wybrać sobie soczyste i niekiedy złośliwe, złożone bardziej z dotknięć i anegdot - portrety (do wyboru: Portret mężczyzny w kolorowych skarpetkach – Tyrmand, Portret jąkającego się chłopca - Michnik, Portret kobiety w cieniu – Zofia Łuczek czy Portret zbiorowy mojej rodziny – Konwiccy). Można wyruszyć wraz z Konwickim w podróże – do Japonii, Australii, po muzeach. Można obserwować wraz z nim zmienność przyrody za oknem i dziwić się nad stałością i zmiennością świata… Te kręgi wyłaniają się jednak dopiero z czasem – z morza porzuceń i dygresji, odstępstw od tematu, tworzących wrażenie chaosu, który dopiero czytelnik – cierpliwą pracą zaczyna porządkować. Jak w lesie – początkowo widzimy mnogość roślinności rozrzuconej wokół nas – a dopiero później zaczynamy – nazywając drzewa, zwierzęta, rośliny poszycia – odkrywać w tym chaosie porządek i strukturę.

Polecam czytanie niezobowiązujące. Bez przygotowania. Weź tę książkę i się nią baw. Czytaj na wyrywki. Może tam, gdzie Ci się otworzy. Prowadź z nią dialog. Konfrontuj z nią własne myśli. Zaginaj śmiało rogi – bo Konwicki zagnie Cię nie raz, i nie dwa.

Konwicki to rozmówca uroczy, prawdziwy dżentelmen, erudyta i gawędziarz. Nieustannie – pomimo lat i doświadczeń – zdziwiony życiem. Bywa ironiczny. Czy komentuje rzeczywistość za oknem, czy powraca wspomnieniami do przeszłości, czy snuje refleksje na temat literatury – zawsze pozostaje sobą. Ujmuje skromnością.  O sobie mówi, że jest wiecznym debiutantem, który karierę literacką rozpoczyna na nowo – wraz z kolejnymi książkami. Imponująca bibliografia nie daje mu biegłości, bo każdy tekst jest dla niego wyzwaniem.

Konwicki pełni w tej wędrówce przez tekst rolę nie tyle przewodnika, co towarzysza. Pozostawia czytelnikowi większą swobodę niż np. Cortázar w Grze w klasy. Możesz czytać tak, albo tak – wybieraj, mówi Cortázar podając usłużnie ściągawkę z numerami i prowadzi czytelnika przez tekst. Konwicki tego nie robi, bo jego książka nie ma charakteru fabularnego. Można przeczytać ją w całości i nie wynieść z niej nic, poza wrażeniem chaosu. Można przeczytać jej fragmenty i poczuć – że oto, w tym lesie – otworzyły się przed nami nowe perspektywy, nowe horyzonty myśli.

Takie książki pociągają mnie bardziej niż dzienniki, pamiętniki czy biografie. A zwłaszcza biografie – z ich chronologią, próbą przeniknięcia tajemnic, interpretacją, wypełnianiem luk, próbą uporządkowania tego, co wydaje się być nieuporządkowane – życia.

Zorze wieczorne to w kontekście kalendarium twórczości Konwickiego dość przewrotny tytuł. To jeden z ostatnich jego tekstów – przed zamilknięciem, które trwa od połowy lat 90-tych. Konwicki daje w Zorzach… dojść do głosu dojrzałej mądrości. Z uśmiechem mówi o swoim wieku – ale nie natrętnie. O nadchodzącym zachodzie słońca mówi słowami człowieka, który przeżył bogate, piękne życie, bez rozdzierania szat – ale z wewnętrzną uczciwością. Mówi jako człowiek, który popełniał błędy – ale też potrafi się do nich przyznać. Kokietuje odbiorcę swoim wiekiem – ale robi to w sposób uroczy i nienachalny. Pozostawia czytelnikowi delikatne poczucie niedosytu i apetyt na kolejne spotkania.

Przede mną jeszcze niejedna wędrówka z Konwickim, który „zmierza powoli na zachód” – bo poznawszy las Zorzy wieczornych mam ochotę teraz przejść się każdą z odkrytych ścieżek i zbadać uważniej – dokąd jeszcze może mnie zaprowadzić. A później pójdę na kolejny spacer – z innym, młodszym nieco Konwickim, który opowie mi o Kalendarzu i klepsydrze. Bardzo, bardzo dużo  obiecuję sobie po tym spotkaniu ;)   

___

*) Zorze wieczorne to sylwa (łac. silva rerum – las rzeczy), gatunek literacki szczególnie popularny w okresie staropolskim. Charakteryzuje się różnorodnością tematyczną. W sylwach, obok zapisków dotyczących spraw związanych z życiem codziennym, pojawiały się teksty refleksyjne oraz literackie, informacje o losach rodziny, przepisy kulinarne, dowcipy, itp.





niedziela, 02 października 2011
W głębi lasu

tana french

O tym, że niebezpiecznie jest iść ze mną na zakupy do dyskontów przekonują się co jakiś czas kolejni znajomi. Podczas gdy oni przygotowując się do imprezy żeglują w kierunku stoisk procentowych i zakąsek, mnie znosi w kierunku koszów z napisem „tania książka”. To nie jest działanie celowe z mojej strony – nawet w sklepach, których nie znam, jestem w stanie tam trafić bezbłędnie. Podobno mam szósty zmysł – nawet z odległości kilometra wyczuwam książki ;)

W czasie jednej z takich eskapad (po mleko, piwo i zakąski) wyłowiłam z kosza powieść Tany French Zdążyć przed zmrokiem. Nic nie wiedziałam o tej autorce, nie czytałam wcześniej żadnej jej książki – a  do opisów na okładce podchodzę zwykle z nieufnością. Zwłaszcza takich opisów:

Zdążyć przed zmrokiem, inteligentny thriller psychologiczny o niesamowitym, zaskakującym zakończeniu, to rewelacyjny debiut irlandzkiej pisarki i aktorki, absolwentki słynnego Trinity College w Dublinie. Książka Tany French otrzymała najwyższe wyróżnienie przyznawane w tej kategorii literackiej – amerykańską Nagrodę Edgara za najlepszą powieść kryminalną roku 2007.”

Odstrasza mnie zwykle taka ilość takich przymiotników. „Ą” i „ę” – nie raz, i nie dwa się nacięłam na opisach z okładek, które obiecywały złote góry, a ich zawartość bardziej przypominała tombak. Nie wyleczyłam się z naiwności w kontaktach z ludźmi, ale nauczyłam się dystansu wobec entuzjastycznych pochwał wypisywanych na okładkach.

Kiedy nie jestem pewna, czy okładka mnie zachęca czy zniechęca, pozostaje mi zwykle do wykonania ostatni test – test pierwszej strony. Jeśli spodoba mi się styl, melodia zdań, jeśli autor czymś mnie zaintryguje – kupuję książkę i muszę przyznać, że dotąd nie rozczarowałam się jeszcze przy stosowaniu tej metody.

A oto, co znalazłam na pierwszych stronach Zdążyć przed zmrokiem:

Wyobraźcie sobie lato prosto z planu filmowego o dojrzewających nastolatkach w małym miasteczku z lat pięćdziesiątych. Żadną tam irlandzką, subtelną przyprawę, która została zmieszana na użytek podniebienia konesera, żadne niuanse akwarelowe ze szczyptą chmur i delikatnego deszczu, to lato pełną gębą, ekstrawaganckie w gorącym, czystym, jedwabistym błękicie. Eksploduje na języku i smakuje przeżutymi źdźbłami trawy, potem, herbatnikami z masłem, które przecieka przez dziurki, i czerwoną oranżadą ze wstrząśniętej butelki, konsumowanymi w domku na drzewie. Smaga twarz wiatrem podczas jazdy rowerem, jest biedronką maszerującą po ramieniu, z każdym oddechem pakuje do ust zapach skoszonej trawy, wydyma bieliznę wiszącą na sznurach, dzwoni i tryska nawoływaniem ptaków, bzyczeniem pszczół, szelestem liści, dźwiękami uderzeń piłki i monotonnym recytowaniem podczas skakania przez skakankę: Raz! Dwa! Trzy! To lato nigdy się nie skończy. Każdego dnia zaczyna się od melodyjki samochodu z lodami i pukania najlepszego przyjaciela do drzwi, kończy się długo i powoli zapadającym zmierzchem i sylwetką matki, wołającej do domu, gdy nietoperze przenikliwie piszczą wśród czarnych koron drzew. To lato wystrojone i w pełnej krasie.

Wyobraźcie sobie labirynt czyściutkich domków na wzgórzu, zaledwie kilka kilometrów od Dublina. Któregoś dnia, jak zadeklarował rząd, powstaną tu tętniące życiem cuda infrastruktury podmiejskiej, doskonale rozplanowane rozwiązanie, które zaradzi przeludnieniu, wzrastającemu poziomowi biedy i wszelkim bolączkom miejskim, ale teraz to tylko garstka sklonowanych bliźniaków, na tyle jeszcze nowych, że wyglądają olśniewająco i nieporadnie na wzgórzu.

(…) To było dziesięć lat temu, a mętny blask jarzeniówek centrów handlowych i domów kultury przywoływany pod nazwą „infrastruktura" jak dotąd jeszcze się nie zmaterializował (mniej ważni politycy od czasu do czasu grzmieli w parlamencie o podejrzanych interesach z ziemią). Rolnicy nadal wypasali krowy po drugiej stronie drogi, a noc zapalała rzadką konstelację świateł na sąsiednich wzgórzach, za osiedlem, gdzie pewnego dnia na planach pojawi się centrum handlowe oraz zadbany skwer; osiedle zajmuje dwa i pół kilometra kwadratowego ziemi, wokół której rozciąga się od wieków las.

Przenieśmy się bliżej, ruszmy za trójką dzieci, które wdrapują się na cienką przegrodę z cegieł i zaprawy, oddzielającej bliźniaki od lasu. Ich ruchy są doskonałe w niewidoczny sposób, są sprawni i nieskrępowani, niczym lekkie samoloty. Białe tatuaże - błyskawica, gwiazda - połyskują bielą w miejscu, gdzie jeszcze niedawno był plaster, a teraz skórę opala na brązowo słońce. Wiatr rozwiewa blond włosy: stopień, kolano na murze, do góry, przez mur i znika.

Las to jedno wielkie migotanie i szept, i iluzja. Jego cisza jest puentylistycznym spiskiem miliona głosików - szelestów, podmuchów, bezimiennych zduszonych pisków; jego pustka obfituje w tajemne życie, umykający z tupotem cień dostrzegany kątem oka. Uważaj: pszczoły prują do i z gniazd w szczelinach dębu, zatrzymaj się, odwróć pierwszy lepszy kamień, a zobaczysz dziwną larwę, która się wije z irytacją, a tymczasem na nogę wmaszeruje ci sznur pracowitych mrówek. W zrujnowanej wieży, czyjejś porzuconej twierdzy, gdzie między kamieniami są pajęczyny grube jak nadgarstek, o świcie króliki wyprowadzają swoje małe z fundamentów, by bawiły się na prastarych grobach.

Lato należy do trójki dzieci. Znają las jak własną kieszeń, jak mikropejzaże zadrapań na kolanach, wystarczy nałożyć im na oczy opaskę, postawić w zadrzewionej dolinie lub w przesiece, a znajdą drogę do wyjścia, nie myląc ani razu kroku. To ich terytorium i rządzą nim z dzikim i królewskim rozmachem niczym młode zwierzęta, wspinają się po drzewach i bawią w chowanego w dziuplach całymi dniami, i nocami we snach.

Biegną prosto w legendę, w historie na dobranoc i koszmary, których rodzice nigdy nie usłyszą. Na ledwie widocznych, zagubionych ścieżkach, których nigdy byście sami nie znaleźli, koziołkują wzdłuż zrujnowanych murów, ciągną się za nimi nawoływania i sznurówki niczym ogony komet. A kto czeka na brzegu rzeki z dłońmi w wiklinie, czyj śmiech spływa kaskadami z gałęzi wysoko na drzewie, czyją twarz chwytasz kątem oka, twarz ze światła i cienia liści, która znika w mgnieniu oka?

Te dzieci nie urosną ani tego, ani następnego lata. Ten sierpień nie zachęci ich do znalezienia ukrytych rezerw siły i odwagi, gdy staną twarzą w twarz ze złożonością świata dorosłych i odejdą smutniejsze i mądrzejsze, i naznaczone na całe życie, to lato ma wobec nich inne plany.


Uwiodły mnie pierwsze strony Zdążyć przed zmrokiem. Melodią zdań, bogactwem środków artystycznych, atmosferą…

Tana French ma bowiem swój własny i unikalny styl. Bywa poetycka. Klarowna. Potrafi błysnąć dyskretnym i ironicznym humorem, który nie wywołuje gromkiego śmiechu – raczej dyskretny uśmiech porozumienia. Jej proza jest inteligentna i wymagająca. Gdybym miała poszukać jakiś literackich skojarzeń (a warto pamiętać, że te bywają zwodnicze i absolutnie subiektywne), umieściłabym jej prozę gdzieś pomiędzy Laurą Lippman a Dorothy Uhnak i jej doskonałym Śledztwem.

Zagadka kryminalna w powieści French nie jest najistotniejsza – jakkolwiek skonstruowano ją według najlepszych reguł gatunku (jest mylenie tropów, jest zaskakujący finał). Powiedziałabym, że jest wręcz drugorzędna. Na plan pierwszy wysuwa się bowiem w tym przypadku przyjemność obcowania z doskonałym językiem oraz wielowymiarowymi bohaterami. French potrafi ukazać ich w wielu lustrach – nie upraszcza, pozostawia w nich niedopowiedzenia, nie próbuje tłumaczyć i czynić na siłę sympatycznymi. Analiza psychologiczna prowadzona jest pomiędzy słowami, nienatrętnie, a poddawani jej bohaterowie budzą to irytację, to zrozumienie.

W głębi lasu, w którym w dzieciństwie zagubił się ze swoimi przyjaciółmi Rob Ryan, główny bohater powieści, tkwią wspomnienia z przeszłości i klucz do psychiki bohatera. Szukam wraz z nim odpowiedzi, wsiadam do kapsuły czasu i zupełnie niespodziewanie zaczynam podróżować po moim własnym dzieciństwie. Przypominają mi się smaki, zapachy, miejsca, ludzie – towarzysze zabaw, dla których zabrakło dziś miejsca w moim życiu i na próżno ich szukać na listach moich znajomych na portalach społecznościowych, ale – co za niespodzianka – okazuje się, że nadal (często wbrew mnie) zajmują ważne miejsce w moich wspomnieniach. Moje straty nie były tak wyraźne, jak ta, której doznał w dzieciństwie Ryan – rozdźwięk następował powoli i niezauważalnie - coraz mniej czasu, coraz mniej wspólnych tematów i doświadczeń, a później przestawaliśmy nawet poznawać się na ulicy. Czy jednak przez to mniej bolesne? Właściwie nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego z taką łatwością pozwalałam ludziom znikać z mojego życia – aż do tej książki…

Tej powieści nie połyka się w ciągu dwóch dni. Czytałam ją powoli, spokojnie, smakując każde zdanie, ciesząc się przyjemną objętością ponad pięciuset stron. Żaden z komplementów na okładce nie jest przesadzony. Każda z nagród, którą French otrzymała za tę powieść, jest jak najbardziej zasłużona. I – ponieważ ta powieść zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie – trudno mi o niej pisać, bo boję się popadnięcia w banał i tanią analizę. Odbierałam ją bardziej intuicyjnie i w związku z tym nie do końca jeszcze (mimo że minęło kilka miesięcy od jej przeczytania) potrafię nazwać wszystkie wrażenia i przemyślenia, do których mnie skłoniła. A może po prostu nie chcę niektórych nazwać? Ta książka użądliła mnie mocniej, niż się spodziewałam… To miał być tylko kolejny kryminał…

 

***

Lubię kończyć zaczęte wyzwania - udało mi się póki co przeczytać wszystkie zamierzone książki i kilka nieplanowanych :) Gorzej było z ich zrecenzowaniem w przewidzianym terminie. Mimo to - nawet po czasie - postaram się nadrobić braki.

 

 



piątek, 12 sierpnia 2011
"Drugie życie Bree Tanner"

bree

Są książki, po które sięgamy dla własnej przyjemności, czytanie ich jest niemal jak przeniesienie się do cudownej krainy gdzie z wypiekami na twarzy czekamy na rozwój wypadków. Są też takie, po które sięgamy z przymusu (kojarzą mi się z tym niezmiennie niektóre lektury szkolne ;-) ) a czytanie ich to droga przez mękę. Po "Drugie życie Bree Tanner" sięgnęłam ze względu na "nocne" wyzwanie, do którego się zgłosiłam. A wrażenia były... No właśnie.

Więcej TUTAJ.

wtorek, 05 lipca 2011
W cieniu Boya

Tadeusz Boy Żeleński

W Alfabecie wspomnień Antoniego Słonimskiego znajdziemy o Boyu takie wspomnienie:

Nie zna historia literatury europejskiej pisarza, który by tak swą osobowością nasycił współczesne mu piśmiennictwo, który by w tylu odrębnych dziedzinach twórczości literackiej zajmował miejsce tak znaczne.

Jako poeta, autor „Słówek”, zostanie Boy niezrównanym satyrykiem, łączącym sentyment z dowcipem, żartobliwość z melancholią. Osiągnął w tej dziedzinie nieczęsto spotykaną chwałę wzbogacenia języka. Wdarł się do mowy potocznej; cytaty ze „Słówek”, jak przysłowia, stały się własnością powszechną i niemal ludową.

Jako tłumacz jest Boy fenomenem nie spotykanym w innych literaturach. Dał on Polsce całą – bez przesady – literaturę francuską. Dał Polakom myśl Pascala i Descartesa, poezję Villona, Racine’a, Musseta. Teatr Corneille’a i Moliera, prozę Rabelais’go, Diderota, Stendhala, Flauberta, Balzaca i Prousta. Przetłumaczył około dwustu tomów najcelniejszych w piśmiennictwie francuskim, oparzył je przedmowami i komentarzami. Zaludnił imaginację Polaków bohaterami francuskiej literatury, zostawił trwałe wzory konstrukcji łacińskiej, mądrości łączącej się z wdziękiem i realizmu uskrzydlonego poetycznością.

Wydawać się mogło, że tymi setkami wspaniałych przekładów wypełni pustkę, która mu przeszkadzała własne tworzyć dzieła. W zmienionym przez swą pracę tłumacza klimacie literackim zaczyna Boy budować własną filozofię. Nie jest nigdy krytykiem teatralnym w zwykłym tego słowa znaczeniu. Pisząc o sztukach szuka zagadnień moralnych i wypełnia dziesiątki tomów rozważaniami na temat człowieka. Sięga do historii i jednocześnie oświetla najbardziej palące zagadnienia aktualności. Ożywia brąz pomników i wypowiada zakłamaniu, walczy o reformę obyczajów, o prawa kobiety, zakłada poradnie lekarskie, gnany niezmordowaną pasją służenia ludziom i głoszenia prawdy.

 

W ramach wyzwania literackiego „Od zmierzchu do świtu” postanowiłam sięgnąć również po zbiór tekstów publicystycznych Tadeusza (Boya) Żeleńskiego, zebranych w tomie Reflektorem w mrok. Książka ta nie była mi zupełnie nieznana – była zawsze w pobliżu, bo od czasu do czasu lubiłam podczytywać wybrane teksty. Boy jest mistrzem pióra, przeuroczym i dowcipnym gawędziarzem gwarantującym nie tylko salwy śmiechu, ale również solidną porcję wiedzy oraz materiałów do przemyśleń.

Tytuł tomu, w którym zawarto wybór publicystyki Tadeusza (Boya) Żeleńskiego wydaje się być w tym kontekście istotny. Czy Boy pisze o Młodej Polsce, czy dotyka kwestii obyczajowych – na serio lub z przymrużeniem oka, czy też znów pisze o naszych pisarzach znanych i autorytetach literackich, czy publikuje teksty, które były częścią jego kampanii na rzecz świadomego macierzyństwa  – przyświeca mu zawsze jedna myśl – rzucić nowe światło na omawiane zagadnienie, wydobyć je z zapomnienia. Tytułowy mrok ma wiele wymiarów. Będzie to mrok pamięci, kiedy utrwala na kartach wspomnienia o swoich towarzyszach z czasów Zielonego Balonika i krakowskiej bohemy. Będzie to mrok polskiego ciemnogrodu – kiedy z taktem i wyczuciem, ale również nieustępliwie, walczy o prawo kobiety do świadomego macierzyństwa. Będzie to wreszcie mrok historii literatury, która windując twórców na pomniki lubi spychać w zakamarki niewygodne fakty, które by mogły przeszkodzić w procesie ich „brązowienia”. Jak pisze o Boyu Makowiecki: Czegokolwiek się tknie, rozjaśnia i wyostrza w pełnym świetle racjonalizmu, by – parafrazując tytuł jego zbioru sprawozdań teatralnych „Reflektorem w serce” – bić skupionym światłem reflektora swobodnej myśli ludzkiej w mrok fałszu, wmówień i zła.

Ideę tekstów publicystycznych Boya świetnie ujmuje Makowiecki we Wstępie do tomu Reflektorem w mrok:

Jego uporczywe utrzymywana postawa rewizji i przekory jest nieodmiennie wyrazem sprzeciwu wobec wszelkiej mitologizacji, wobec przedkładania formy nad treść, wobec wszelkich ograniczeń stawianych swobodnej myśli ludzkiej przez konwenans społeczny, obyczajowy, kulturowy. Świadomość tej merytorycznej jedności działań rozmaitych – wszystkich jednak skierowanych przeciw rutynie, skostnieniu intelektualnemu i skostnieniu norm moralnych, przeciw absurdom życia współczesnego – miał sam Boy, gdy pisał: „Kiedy mi wymyślano za >>rozwody<< siedziałem po uszy w Mickiewiczu, kiedy mi wymyślano za Mickiewicza, ja  pisałem o przerywaniu ciąży; kiedy mi będą wymyślali za przerywanie ciąży, będę ślęczał nad wydawaniem listów Żmichowskiej, czy ja wiem zresztą nad czym… Skutek jest taki, że wszystkie te wyzwiska spływają mi się w jedne głos. I nie jest to bez głębszej filozofii. Bo przedmioty się zmieniają, ale istota rzeczy pozostaje jedna i wszystkie te moje rozmaite kampanie to tylko różne >>odcinki<< jednego i tego samego frontu”.

Boy jako polemista jest ironiczny, zdystansowany, przenikliwy i taktowny. Pomimo poczucia humoru nigdy nie „wali na odlew” w przeciwnika. Owszem, bywa złośliwy – ale daleko mu do poniżania adwersarzy, jakby wychodził z założenia, że sami sobie doskonale poradzą w tej kwestii.

O reakcjach na artykuły Boya wspomina Słonimski w cytowanym już Alfabecie wspomnień:

Boy zwalczany był przez kołtuństwo za swoją akcję świadomego macierzyństwa. Organizowano hece na jego odczytach. Pisał o swojej awersji do krzeseł przystawianych na zbyt wypełnionej sali, gdyż w odróżnieniu od krzeseł zwykłych łatwo mogą być użyte przeciw prelegentowi. Nazywano go ambasadorem kultury polskiej, czczono go na wynos, a znieważano na miejscu.

Niedawno przypomniałam sobie uroczą powieść Marii Pruszyńskiej, Przyślę panu list i klucz, gdzie znalazłam taki fragment na temat Boya, którego artykuł zawarzył na życiu jednej z bohaterek:

Boy nie miał szczęścia do ludzi ograniczonych. Jeżeli ruszył jakieś społeczne zagadnienie i rozwijał je z genialną wprost logiką, natychmiast rzucano się na niego z nienawiścią i furią. W latach międzywojennych był jak czerwona płachta na byka. Rozjuszonym bykiem była rodzima dulszczyzna.

Artykuły Boya odbierały rozum i inteligencję jego przeciwnikom. Nie umieli ich czytać logicznie i spokojnie. Stąd masa polemik, dostarczających uciechy obserwatorom, gdy dzięki ciętemu językowi Boya przeciwnicy jego wychodzili z tych zapasów ośmieszeni często na długie lata.

Szczególnie trudnym momentem w życiu Boya publicysty był okres walki o świadome macierzyństwo – czas polemik prasowych, ale również czynów – zakładania poradni, wygłaszania odczytów. Otrzymywał wtedy dzień w dzień po kilka listów – najczęściej anonimowych – wypełnionych wyzwiskami i pogróżkami.

W ostatnim numerze „Książek” postać Boya przewija się dwukrotnie przez opublikowane tam teksty. Tym bardziej – warto jest sięgnąć po tom Reflektorem w mrok i odkryć, jak współczesnym autorem jest Tadeusz (Boy) Żeleński. W czasie, gdy po raz kolejny przez parlament i przez gazety przetacza się spór na temat ustawy o całkowitym zakazie aborcji, słowa Boya z czasów jego kampanii brzmią szczególnie aktualnie. Warto pamiętać, że są to słowa napisane prawie osiemdziesiąt lat temu…

Ten wpis miał się ukazać wczoraj – a data wybrana została nieprzypadkowo. 4 lipca przypadała bowiem 70 rocznica śmierci Boya. Czas okupacji spędził we Lwowie, który w 1939 roku został zajęty przez Rosjan. W 1941 roku do miasta wkroczyli Niemcy. W nocy z 3 na 4 lipca Boy został aresztowany i rozstrzelany z grupą profesorów lwowskich uczelni i ich rodzinami na Wzgórzach Wuleckich. Nieznane jest miejsce jego pochówku.

Ponieważ w jednym wpisie trudno jest streścić dorobek Boya – nawet jeśli dotyczy to wyboru jego tekstów z tomu Reflektorem w mrok, postanowiłam, że stanie się on zaledwie zaczątkiem projektu, który tej postaci poświęcę. W najbliższych miesiącach – pomiędzy recenzjami, wpisami o poezji i o czytaniu – będę pisała o poglądach Boya oraz o jego dorobku – publicystycznym, translatorskim, poetyckim… Dodam też anegdoty i wspomnienia tej postaci poświęcone. Niech to będzie mój prywatny „pomnik” postawiony w Internecie człowiekowi, który nie raz mnie bawił i uczył. Osobie, którą szanuję i podziwiam – jako człowieka, i jako twórcę. O której mogę powiedzieć – a z trudem piszę te słowa, bo mam świadomość ich wagi – że jest dla mnie autorytetem. Wreszcie – osobie, której brakuje mi w dzisiejszych czasach i za której cieniem nieustannie się rozglądam.





piątek, 01 lipca 2011

Podsumowanie artdeco

Plan mialam ambitny - 7 ksiazek i chyba pierwszy raz wykonany w 100 procentach. Wyzwanie rozpoczelam od zaproponowanej przez Padme "At day's close: night in times past - Ekirch, A. Roger", ktora pochlonelam z wielkim zainteresowaniem.

Korzystajac z ciekawych recenzji dodalam do listy:

"Wild nights: stories about the last days of Poe, Dickinson, Twain, James, and Hemingway - Oates, Joyce Carol, ktora nie zrobila na mnie duzego wrazenia

i "The curious incident of the dog in the night-time" - Haddon, Mark, ktora wciaz czeka na przeczytanie.

Tagi: artdeco1
18:54, artdeco1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10