Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | Plany | nie | poezja
RSS
niedziela, 30 stycznia 2011
Chłopięca noc
Po przeczytaniu "Nocnej zmiany" wiem na pewno nie tyle kim jestem, ile kim nie jestem. Jest to bowiem książka o losach 13-letniego chłopca wysłanego na wieś przez ojca z Pragi 1968 roku. Ondra pokazuje nam swoje dorastanie : fascynację dziewczyną, zauważa pracę ojca, czołgi na ulicach Pragi, różnorodność losów mieszkańców wioski. Ale, że ja nie jestem chłopcem to wiele z tych spostrzeżeń po prostu do mnie nie trafia. Na szczęście historie opowiada nie tylko Ondra : jest tu i milicjant, i Zuzka, i Romowie, i stara kobieta, nawet jeden z fragmentów przypisałabym matce chłopca. Ondra i jego brat Kamil, zwany Małym, wychowują się w trudnej rodzinie z mocno zaburzonymi układami rodzice-dzieci. Nie jest to oczywiście sytuacja sprzyjająca prawidłowemu rozwojowi. Mierziło mnie naużywanie słowa głupku przez chłopaków wsiowych. Na dodatek nadchodzą przełomowe politycznie chwile dla całej Czechosłowacji. Inwazja wojsk Układu Warszawskiego odciska swoje piętno nawet na małej wiosce w pobliżu granicy z Polską. Powieść nie jest napisana w sposób linearny, o zdarzeniach nie dowiadujemy się jedno po drugim, ale ich kolejność i skutki musimy sami wyczytać z różnych relacji. Koniec też nie jest jednoznaczny.
Wydawca zachęca do książki pisząc na okładce : "Trzecia powieść autora słynnej "Siostry" jest pasjonującą książką o młodzieńczej inicjacji i zarazem wnikliwym komentarzem politycznym. Zagadka kryminalnam zamiany społeczne, przejście z dzieciństwa w dorosłość, kontrast między nowoczesnym miastem i tradycyjną wsią - wszystkie te elementy stapiają się [...]." Z tej notki najbardziej niesprawdzoną częścią jest zagadka kryminalna, na którą ostrzyłam sobie zęby. Na pewno nie to jest "nocną pracą", a tak myślałam na początku.. Myślałam, że Nocna praca to może to dojrzewanie.. A okazało się, że jest to eufemizm polityczny. Zatem najbardziej zgadzam się z opinią przytoczoną na skrzydełku "Topolowi udało się coś szczególnego : opisując zabitą dechami wiochę, zdołał pokazać, ajk rozpadła się Czechoslowacja" ("Freitag").
Językowo niezła, tłumaczenie ok. Ale powieści o dojrzewaniu to nie dla mnie. Zwłaszcza o dojrzewaniu chłopców. Powinnam była to wiedzieć już przy nieudanej lekturze "Buszującego w zbożu". Ale to było tyle lat temu...
Podróż w głąb czasu

Jest 1947 rok, dwa lata temu zakończyła się wojna, która wciąż odciska piętno na życiu ludzi. Stykamy się z codziennym życiem osobistym i pracą  paru osób: Kay Langrish, kierowcy ambulansu, pięknej i słodkiej Helen Giniver, Vivien Pearce oraz jej brata Duncana. Jest w nich jakieś cierpienie, rozedrganie emocji, skrywanych smutków, których przyczyn jeszcze nie rozumiemy.

(...)

Ciąg dalszy w Niecodzienniku Literackim.

"Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" - Sergiusz Piasecki

Powiedzieć, że Sergiusz Piasecki miał ciekawy życiorys, to w zasadzie, jakby nic nie powiedzieć. Współpracownik wywiadu (wczesne lata 1920-te), przemytnik (na granicy polsko- sowieckiej), kokainista, pod wpływem nałogu zajął się też działalnością rozbójniczą. Ta zaprowadziła go do więzienia (początkową karę śmierci zamieniono mu na 15 lat), które z kolei stało się dla niego początkiem kariery... literackiej. Jego zapiskami z czasów przemytniczych zachwycił się bowiem sam Melchior Wańkowicz, i to dzięki jego staraniom Piasecki mógł wydać swoją pierwsza książkę a następnie kilka lat przed upłynięciem wyroku opuścić gościnne podwoje więzienia na Świętym Krzyżu.

A to jeszcze nie koniec jego historii, ciekawe były również jego losy w czasie Drugiej Wojny Światowej, zainteresowanych odsyłam do Wikipedii (link).

 

“Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” jest luźno oparty na wspomnieniach Piaseckiego z pogranicza w latach 1922-25. Oparty luźno, gdyż Piasecki darował sobie np. krępujące szczegóły związane z narkotykami, zamiast tego zabrał się za tworzenie legendy polskiego dzikiego Wschodu i Nocnych Piechurów w jednym (przemytnicy niestety nie mogli, z przyczyn technicznych być Nocnymi Jeźdźcami).

 

Gdyby zrzucić w głuchą jesienną noc z granicy welon mroku, zobaczylibyśmy ciągnące ku granicy partie przemytników. Idą po trzech, pięciu, nawet kilkunastu.(...) Są i parte uzbrojone, lecz jest ich bardzo mało, przemytnicy broni nie noszą. (...) Zobaczylibyśmy rekinów pogranicza- Chłopów z otriezami, karabinami, rewolwerami, siekierami, widłami, czyhających na zdobycz. (...) Zobaczylibyśmy wreszcie niezwykłą postać- człowieka, który samotnie przemierza pogranicze. (...) To szpieg (...) korsarz granicy. (s. 46).

Ciąg dalszy tekstu TU

sobota, 29 stycznia 2011
U martwych w Dallas - Charlaine Harris

Moda na wampiry wciąż jest, książek i filmów na ten temat coraz więcej. Ostatnio jest nawet moda na seriale z wampirami w rolach głównych i to nie jako przerażające bestie, przed którymi ludzie uciekają, ale jako atrakcyjnych pełnych namiętności kochanków. Nie, nie oglądałam serialu Czysta krew, bo pora mi nie odpowiada. Może kiedyś z czystej ciekawości obejrzę jakiś odcinek.

Wieki temu, jeszcze zanim zaczęli reklamować serial, przeczytałam Martwy aż do zmroku, który w porównaniu z innymi cyklami o wampirach wypada dość średnio, nie zainteresował mnie na tyle, by sięgnąć po następne części. Jednak kolejna część przyszła sama (no prawie ;D) do mojego domu. Stwierdziłam, że czemu nie, przy ambitnych lekturach przyjdzie ochota na coś lekkiego. Nawet zastanawiałam się, dlaczego nie miałam ochoty na kolejne tomy... Ale o tym na blogu.

czwartek, 27 stycznia 2011
"Szalone noce! Ostatnie chwile wielkich mistrzów" Joyce Carol Oates

Umówmy się - więcej tu szaleństwa niż nocy, chyba, że za noc uznamy mroki pomieszania zmysłów.




Zresztą to dość zabawne, bo tom opowiadań „Szalone noce! Ostatnie chwile wielkich mistrzów”, jakby nie patrzeć zatytułowany w sposób obiecujący wiele, ale w istocie swej niewiele oferujący, wprawił mnie w stan skonfundowania podobny temu, który towarzyszył lekturze „Nadobnej dziewicy”. Jedna kwestia pozostaje poza wszelką dyskusją – Oates ma co najmniej obiecujące pomysły na fabułę, które następnie w toku pisania rozmieniają się na drobne, tym samym tracąc swój pierwotny potencjał. To motyw przewodni „Szalonych nocy!”, do których przyciąga magia nazwisk bohaterów: Edgara Allana Poe, Emily Dickinson, Marka Twaina, Henry’ego Jamesa oraz (mnie akurat najmniej) Ernesta Hemingwaya. Oates wikła ich w przedśmiertne szaleństwa, które mogłyby stać się ich udziałem, ale jednak nigdy się nie stały. Zespala wątki biograficzne z fikcją, ale to właśnie fikcja tu króluje.

Cały wpis TUTAJ

środa, 26 stycznia 2011

LAST NIGHT IN TWISTED RIVER - John Irving

Akcja powiesci rozpoczyna sie w 1954r. i obejmuje ponad 50 lat wydarzen w miejscach takich jak Boston, Vermont, Iowa, Kolorado i Toronto. J. Irving ukazuje zycie pelne wypadkow, przemocy i braterstwa. Pierwszy paragraf ksiazki to opis utoniecia nastolatka zbyt mlodego i niedoswiadczonego na wykonywanie tak ciezkiego zawodu. Wypadek dziala depresyjnie na starego drwala Ketchuma rozpoczynajac caly ciag dlugiej historii - 554 strony drobnego druku zapoznaja nas z dziejami kucharza, jego syna, wnuka i dziesiatek bardziej lub mniej kolorowych osobowosci.

Dwunastoletni Daniel mieszka z ojcem Dominikiem Baciagalupo w odleglym miasteczku drwali pracujacych wzdluz  “Twisted River”.  Dominik stracil zone w malo rozsadnym wypadku na zamarznietej rzece i z nadgorliwoscia wychowuje swojego jedynaka. Kiedy Daniel przypadkowo zabija dziewczyne szalonego szeryfa, a kochanke Dominika zapada decyzja wyjazdu z miasteczka i rozpoczecie zycia pod nowym nazwiskiem, w nowych miejscach. Jak w przypadku wszystkich powiesci J. Irvinga  i “Last Night in Twisted River”  jest pelna niezapomnianych postaci. Jedna z najbardziej interesujacych jest Ketchum, ktorego losy i umiejnosci przez wszystkie te lata sa scisle zwiazane z Dominikiem i jego synem, przyszlym slawnym pisarzem.  Ze wzgledu na zawod glownego bohatera ksiazka jest bardzo kulinarna z wielka iloscia ciekawostek. Nie brakuje tez zachwytu nad talentem pisarskim mlodego Daniela, a po ilosci autobiograficznych wstawek nie trudno dojsc do wniosku, ze jest to samozachwyt samego Irvinga, zreszta zasluzony, bo chociaz ksiazka jest za dluga, nierowna to jak zwykle wciaga i zaciekawia. Jest to opowiesc o zyciu ze wszystkimi jego wzlotami i upadkami, niespodziewanymi wydarzeniami, relacja, ktora nas nie jednokrotnie zaskakuje potwierdzajac, ze nie zawsze jestesmy kowalami wlasnego losu.

 

wtorek, 25 stycznia 2011
Noc wyroczni
„Noc wyroczni” to pierwsza od dość dawna „prawdziwa książka”, którą udało mi się przeczytać. Nie poradnik, nie opowiadanie, czy ich zbiór, nie dramat, ale powieść – współczesna. Inne książkopodobne musiały poczuć lekkie uczucie zazdrości, kiedy obok nich stanęła prawdziwa Literatura. A i ja czułam onieśmielenie i chwilę zetknięcia z prozą Paula Austera odkładałam na później. Bałam się, że będzie to Sztuka – przez duże S dodaję dla tych, którzy nie zwrócili uwagi – a przez to bełkot, którego nie będę w stanie zrozumieć. Z drugiej strony, ktoś kto napisał i wyreżyserował Dym, Brooklyn Boogie i Lulu na moście, zasługiwał na to by poświęcić mu trochę czasu.
Na dalszy ciąg recenzji zapraszam na mój blog.
Tagi: Auster joanna
22:20, slowiarnia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 stycznia 2011
Planowanie jest czynnością bardzo przyjemną.

Przystąpiłam ostatnio do swojego pierwszego, poważnego wyzwania literackiego. Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać wszystkie książki z mojej skromnej listy mimo matury i wielu życiowych decyzji zaprzątających umysł. 

1. Mark Haddon "Dziwny przypadek psa nocną porą"
2. Nicholas Sparks "Noce w Rodanthe"
3. Erich Maria Remarque "Noc w Lizbonie"
4. Antal Szerb "Podróżny i światło księżyca"
5. Tarjei Vesaas „Wiosenna noc” lub "Nocne czuwanie" (o ile uda mi się je upolować w jakimś antykwariacie)

Tagi: plany
23:31, theodozy
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 stycznia 2011

Bajka na dobranoc

"The Old Street Lamp" - Hans Christian Andersen

 Ilustracja Arthur Szyk

Dawno, dawno temu byla sobie stara lampa, ktora przez lata spelniala swe zadanie, ale nadszedl czas odejscia na emeryture. Z rana lampa miala pojawic sie w domu burmistrza na kontrole czy warto przedluzyc jej los, czy przetopic na cos innego.

Lampe naszlo uczucie strachu, co bedzie jesli przetopia ja w fabryce, czy wciaz bedzie pamietac starego stroza, ktory zawsze  ja czyscil i dodawal olej.

Na moscie lampa zauwazyla stojace trzy postacie, a z rozmowy wyniklo, ze kazda z nich chcialaby przejac obowiazki lampy. Jedna z nich to glowa sledzia, ktorej argumentem byla oszczednosc oleju, bo przeciez swieci luskami. Druga to kawalek sprochnialego drewna, ktore rowniez zapewni przeblyski w ciemnosci. Trzecia postac to swietliczek, ktorego szanse od razu zniweczono, bo swieci tylko w okreslonych godzinach.

W tej chwili wiatr nadszedl pedem zza rogu ulicy i zaczal wiac przez rozbite szyby starej ulicznej lampy.

"Muszę zrobic ci prezent na pozegnanie” – powiedzial wiatr. “Wwieje ci powiew co sprawi, ze bedziesz pamietac i patrzec na rzeczy jak prawdziwy czlowiek."

Wkrotce wyszedl za chmur ksiezyc, ale nie dal sie namowic na podarunek dla lampy, ona nic mu przeciez nigdy nie dala, wiec ukryl sie ponownie za chmurami.

Wtedy to jasna gwiazda spadla do lampy tworzac dlugie swiecace pasmo jako najpiekniejszy prezent i wszyscy doszli do wniosku, ze czas wracac do domu.

Rozmarzyla sie stara lampa, ze moze nadejda dni kiedy zamiast olejem bedzie wypelniona woskiem, chociaz nie bardzo wierzyla w lepsza przyszlosc.

Nastepnego ranka lampa zasiadla w fotelu dziadka w domu starego stroza. Stroz zwrocil sie bowiem do burmistrza z prosba o zatrzymanie ulicznej lampy, aby uniknac jej przetopienia. Od tej pory lampa rzucala swe swiatlo stojac w kacie kolo pieca i zadawalala serca starego stroza i jego zony, ktorzy dbali o lampe ponad 20 lat.

Pewnego razu lampa miala sen, ze wstawiono ja do pieca i z zelaza zrobiono swiecznik na woskowe swiece. Swiecznik stal na biurku poety w pieknym pomieszczeniu obwieszonym zdjeciami lasow, lak, bocianow i nieba.

"Jak wspaniale!" - powiedziala lampa po obudzeniu. "Nie bylo tak zle byc przetopiona, trzymalam swieczke woskowa, ale jednak jestem tutaj w starej piwnicy stroza, gdzie wszystko jest czyste i pelne zapasow oleju i tutaj jest mi tak dobrze."

I stara uliczna lampa poczula wielkie zadowolenie, na ktore w pelni zasluzyla.

H. Ch. Andersen napisal 168 basni, a w ta kraine  pierwsza wprowadzila go babka ze strony ojca. Kilka motywow z opowiesci babki zostalo wykorzystanych przez Andersena w jego utworach. Tworczosci dla dzieci poczatkowo nie traktowal powaznie, ale nie lubil, gdy jego basnie uznawano za dziela dla dzieci, bez glebszego sensu. Ironicznie to wlasnie basnie przyniosly mu slawe.

 

niedziela, 16 stycznia 2011
"Plejady to gwiazdozbiór już październikowy..."

Mam problem z Iwaszkiewiczem. Doceniam go jako prozaika, dramaturga i poetę, ale zwykle omijam bardzo szerokim łukiem. Każde podejście do jego twórczości wywołuje u mnie poczucie wyobcowania. Przedzieram się przez zdania jak przez wąski tunel naszpikowany gwoździami. Zetknięcie z jego twórczością jest dla mnie równie przyjemne, jak spanie nago na nieheblowanych deskach.

Zwykle lubię twórców, którzy są dla mnie wyzwaniem. Początkowa niewygoda i chęć rzucenia o ścianę ich dorobkiem, często - po mozolnej i niewygodnej lekturze - zmienia się w moment olśnienia. "Ach, to tak!..." - mam ochotę krzyknąć w chwili takiej "iluminacji". Zapominam wtedy o trudach i cieszę się odkryciami, które roztaczają się przed moimi oczami (tymi wewnętrznymi, oczami duszy - jakby pewnie powiedzieli romantycy). Mam wtedy poczucie, że warto było przejść przez mękę, warto było uruchomić wszystkie pokłady cierpliwości, by przekopać nową ścieżkę w moim umyśle i odkryć nowe powiązania. Rozpiera mnie wtedy duma i entuzjazm - wynikające nie tylko z nowych odkryć, ale również z przezwyciężenia własnej słabości.

Przypomina to uczucie towarzyszące wejściu na szczycie wyjątkowo stromej góry. Podejście trudne, pięty popękane, pot lejący się z czoła i wydobywający się każdym porem skóry, kostki spuchnięte, trudno złapać oddech - o niczym wtedy się tak nie marzy, jak o stoczeniu się zboczem na sam dół - choćby zbocze było mało przyjazne. A jednak widok, który w takim momencie rozpościera się przed człowiekiem, jest w stanie zrekompensować mu pot, pięty, spuchnięcia i zabrać resztki oddechu.

Nawet to jednak nie było w stanie mnie zmobilizować do zdobycia szczytu, który nazywa się "Iwaszkiewicz". Z czasów licealnych pamiętam lekturę "Panien z Wilka" i "Brzeziny" - "och" i "ach", interpretacje mojej polonistki i porównania z Proustem, i medytacje nad pamięcią - mocno wydumane wówczas - przynajmniej moim zdaniem. Jeśli Proust był w stanie ożywić swe wspomnienia dzięki magdalence zanurzanej w herbacie z kwiatu lipy, to u mnie - na samo wspomnienie nazwiska "Iwaszkiewicz" - pojawiało się wspomnienie goryczy w ustach, jakiegoś niesmaku i zniechęcenia, które zaowocowało tym, że na studiach tego twórcę omijałam szerokim łukiem. I nie pomógł Wajda, zachwyty, kontrowersje, spekulacje i wznowienia.

Ale jakiś czas temu, szukając książek do nocnego wyzwania, znalazłam na półce, zakurzony i dotknięty zębem czasu, wyłowiony kiedyś tam za śmieszne pieniądze w antykwariacie, tom opowiadań Iwaszkiewicza. I powróciło wspomnienie goryczy. I coś jeszcze... Z zakamarków pamięci, zakurzona jak książka, którą trzymałam w rękach, wróciła fraza jedynego bodajże wiersza tego twórcy, który zrobił na mnie wrażenie - Plejady to gwiazdozbiór już październikowy...

Sięgnęłam po resztę. Z sentymentu dla frazy, a przede wszystkim - z sentymentu dla własnych kontemplacji nieba. Nie rozpoznaję zbyt wielu gwiazdozbiorów, ale wśród tych, które zawsze znajdę na jesienno-zimowym niebie, będzie Orion. Kiedy byłam dzieckiem, towarzyszył mi w późnych powrotach ze szkoły. Patrzyłam na niego, kiedy szłam słabo oświetloną ścieżką przez zagajnik. Pomagał - wiem, że to irracjonalne - opanować mi mój lęk przed ciemnością. Zapamiętałam, że zawsze szedł w tym samym kierunku, co ja.

Orion ma związek z historią powstania gwiazdozbioru, w który zapatrzył się Iwaszkiewicz. Według jednej z wersji mitu - Plejady miały być pięknymi nimfami, córkami Atlasa i Plejone, które ścigane przez tego niezłomnego myśliwego, błagały Zeusa o ratunek. Ten przeniósł je na sklepienie niebieskie - gdzie, jak pisze Parandowski "swoim zjawieniem się w maju zapowiadają wiosnę i czas bezpiecznej żeglugi".

I oto pojawia się wyznanie, na które - jak myślałam - nigdy się nie zdobędę. Lubię Plejady Iwaszkiewicza. Urzeka mnie w nich plastyczność obrazu, w którym są barwy, dźwięki i zapachy mojej ulubionej pory roku. Melodia tego wiersza niesie ze sobą wspomnienie ciepła, woni butwiejących liści, wilgotnej ziemi, wieczornej ciszy, kiedy siadałam na ganku przed domem i w skupieniu przyglądałam się pierwszym wschodzącym gwiazdom na jesiennym niebie.

Jednocześnie spojrzenie w jesienne niebo i jesienny pejzaż staje się dla poety punktem wyjścia dla medytacji o Przemijaniu. Zapadający wieczór, jesienna pora, pełne stodoły, i brama, przez którą mamy wejść nie odwracając głowy - możemy to czytać jako znaki Schyłku i Odejścia z tego świata. Październik to bezpieczna zadumana pora - chcielibyśmy zatopić się w tym obrazie, który tworzy poeta, ale jednocześnie - już wers później - on sam rozwiewa nasze nadzieje - Na czarnej ścianie nieba ślad karabinowy: blaski gwiazd pełne lęku i pełne wieczora.

Nie jesteśmy w stanie - za żadną cenę - zatrzymać tego procesu. Nasze słowa nie są w stanie wstrząsnąć biegiem czasu. Zatem - przemijamy,  bezsilni i krusi, poranieni jak jesienne liście. A wraz z naszym odchodzeniem, przemijają nasze uczucia i wspomnienia. Wobec tej prawdy zostajemy sami - pozbawieni zabezpieczeń, których chwytamy się na co dzień - wiary, nadziei, miłości. Wśród zapadającej nocy, która zasłania nam ścieżkę Przyszłości, pytamy o Sens i o Szczęście.

Iwaszkiewicz - ze spokojem - mówi o przemijaniu Wszystkiego - nas, uczuć, pór roku. Jesień powróci - za rok, ale to już nie będzie TA sama pora roku, którą ogląda i subtelnie opisuje poeta. Rozpoznając jej oznaki, nie będzie w stanie jednocześnie przywrócić jej tych samych kształtów. On też się zmieni.

Ten spokój, który poeta przeciwstawia zwykłym wobec Przemijania uczuciom rozpaczy i buntu - również mi się podoba. Urzeka mnie godność z jaką podejmuje temat dla każdego nieuchronny. Jest bowiem w tym tekście smutek, ale jest też pogodzenie się z losem. Jest w nim też nadzieja - że wśród połamanych brzóz i pobitych lutni, można odnaleźć szczęście - nawet jeśli jest iluzoryczne i wypływa jedynie z naszej wiary w jego istnienie.

Iwaszkiewicz nie odkrywa żadnej nowej drogi. Pisze o przemijaniu, jak wielu innych przed nim. Ale jednocześnie - idąc doskonale wydeptaną ścieżką - jest w staniespojrzeć na nią w sposób indywidualny, tylko sobie właściwy.

Nieskładny jest ten wpis (jak zwykle, gdy piszę o poezji) - ale tak wiele myśli mi krąży po głowie. To tylko kilka moich impresji, rzuconych na gorąco w przestrzeń. Tylu wrażeń, które we mnie budzi ta poezja nie umiem jeszcze nazwać - jedynie je przeczuwam. Ale wiem, że podoba mi się jej melodia i że będę do niej wracać.

Zatem - mogę powiedzieć, że pierwszy klin w moje zdobywanie szczytu "Iwaszkiewicz" został wbity. A tomik jego opowiadań, wytarty z kurzu, leży na łóżku obok innych książek, które lubię - budząc się w nocy - mieć przy sobie. Jeszcze go nie otwieram, jeszcze na języku trwa wspomnienie goryczy - teraz złagodzone "smakiem" Plejad.

A Wy co widzicie w tym wierszu? Doświadczenie przemijania? Odgłosy przeszłej wojny? Medytację nad sensem miłości? A może coś jeszcze innego?

O czym Wy myślicie patrząc nocą w niebo?

 

 

Plejady

I

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Błyszczą jak winne grono wśród innych gwiazd roju,

W ich świetle las pożółkły niby rumak płowy,

Co polem do srebrnego biegnie wodopoju.

I zdaje się, że w cieniu popielatym sarny

Przebiegają przez ruczaj lub stojąc słuchają,

Jak srebrne lustro wody brzeg odbija czarny

I fletnie białych brzózek, gdzie liście śpiewają

I opadając krążą. A namiętność moja

Niby łania nad źródłem pochyla swą szyję

I tylko jej odbicie lodowego zdroja

Mówi, że chociaż wątła, ale jeszcze żyje.

II

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Po szafirowym niebie płynie jak baranki,

Ponad drzew skrytych nocą oniemiałe głowy,

Ponad brzóz skamieniałych pozłociste pianki.

Powracam do milczenia i słodyczy nieba,

Które płaszczem jesiennym pełnym gwiazd połyska.

Pełne stodoły złota, stoły pełne chleba

I skrzypi na zawiasach gwiaździsta kołyska.

Za chwilę i na ziemi wszędzie będzie biało.

Lekki chłód noc cienistą jak igłą przenika.

I śni mi się już tylko jakieś jasne ciało

Przykryte złotą tkanką planet października.

III

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Spokojnym tokiem płynąc losy twoje iści.

Powoli wyjdź przed bramę, nie odwracaj głowy,

I zerwij parę złotych, poranionych liści.

Proch ci zostaje w dłoni, rozwiewa się, ginie,

I słyszysz tylko ogród, co dyszy jak chory.

Złociste liście zginą i jesień ta zginie,

I złe — i dobre nawet — miną gwiazdozbiory.

Więc po cóż nam — jak gwiazdom zagubionym

w mroku

Spalać się ogniem wiecznie, kiedy chłód nas czeka?

Po cóż świecą plejady i łzy w twoim oku,

Gdy je ogarnia czarna przemijania rzeka?

IV

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Październik to bezpieczna, zadumana pora.

Na czarnej ścianie nieba ślad karabinowy:

Blaski gwiazd pełne lęku i pełne wieczora.

A my tu biegu ziemi ani przemijania

Słowami nie wstrząśniemy. Stoimy bez siły.

Noc czarnym płaszczem swoim ścieżkę nam zasłania,

Wiara, nadzieja, miłość już nas opuściły.

Odeszliście daleko. A ja, choć zostałem,

Wydają się zgubiony wśród ciemnych gwiazd mżenia.

I cóż nam pozostaje na okręgu całym?

Już nic: zagasłe słowa i nieme spojrzenia.

V

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy:

Wypływa nad horyzont ciemno i okrutnie

I patrzy na schylone, zadumane głowy,

Na połamane brzozy i pobite lutnie.

Przechodzi i o świcie drży nad moim domem,

Posyła promień cichy, ale przenikliwy,

I głosem mówi do mnie, i takim znajomym,

Że może jest kto jeszcze na świecie szczęśliwy.

Szczęśliwy, który kocha; szczęśliwy, kto wierzy;

Szczęśliwy... albo tylko tak jemu się zdaje...

Szczęśliwy, który łąką o świtaniu bieży

I na jesiennym niebie widzi gwiazdy maja.

Dom tysiąca nocy - Maja Wolny


Piękna książka, cieszę się, że udało mi się ją wygrać :) i że tak szybko nadarzyła się okazja jej przeczytania.

To bardzo dobry wybór na czytanie nocą, wtedy nic nas nie rozprasza i nie odciąga uwagi od tej opowieści.

Więcej u mnie :)
20:35, maniaczytania
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 stycznia 2011

"A Darkness More Than Night" - Michael Connelly

Harry Bosch, bohater innych ksiazek autora tym razem wydaje sie byc drugoplanowym bohaterem, dodatkiem do dzialan bylego agenta FBI Terry McCaleba znanego z ksiazki "Blood Work". McCaleb nie potrafi zyc bez pracy detektywistycznej i pomaga w rozwiazaniu morderstwa, ktore wydaje sie byc dzielem seryjnego mordercy. Bosch w miedzyczasie zaswiadcza w sadzie w sprawie zamordowanej aktorki. Oczywiscie losy Boscha i McCaleba zbiegaja sie, zmieniaja kursy, prowadza do niewlasciwych wnioskow, co z koleji prowadzi do wielu skomplikowanych, krwistych wydarzen.

"Darkness More Than Night" opisuje ukryte zakamarki ludzkiego serca, i tak jak w obrazie H. Boscha "Ogrody rozkoszy ziemskich" ukazuje ludzkie oblicze w najgorszej formie.

Harry Bosch pod koniec ksiazki stwierdza: "We do what we have to do. Sometimes you have choices. Sometimes there is no choice, only necessity. You see things happening and you know they're wrong but somehow they're also right." Ale czy stroz prawa moze brac sprawiedliwosc we wlasne rece kierujac sie wlasnymi zasadami i przekonaniami? 

 
1 , 2 , 3