Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | Plany | nie | poezja
RSS
środa, 16 listopada 2011
Noc majowa - J.I.Kraszewski

a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-N1peTevCNEU/Tl3550j1LAI/AAAAAAAAAnk/XfHsNo9vbzQ/s1600/img.archiwumallegro.pl.jpeg">

 

Książka Kraszewskiego wygląda na wariację na temat wiernej Penelopy i powracającego Odyseusza. Tyle, że jest to przypadek niejako odwrotny. Zesłanego na Sybir Karola, uczestnika powstania listopadowego, czekała w domu kilka niemiłych niespodzianek, z których najmniej dotkliwą był jego własny portret na ścianie przepasany żałobnym kirem... Jak poradzi sobie Karol (i inni bohaterowie) z trudną sytuacją, w jakiej znaleźli przez zawirowania historii? To opowieść naznaczona cierpieniem i raczej smutna. W końcowych partiach ma nieść nadzieję, ale skoro to nadzieja w sumie... pośmiertna, to trudno, aby czytelnik odłożył książkę pokrzepiony. Jak dla mnie - ta książka to antyromans. Gdyby nie miłość bohaterów (Karola i jego żony), ich losy potoczyłyby się pewnie inaczej, a na pewno mniej by cierpieli. Gdyby nie miłość do dziecka , również Karol dokonywałby innych wyborów. A z drugiej strony - czy ich życie byłoby wówczas coś warte?

15:03, izabella_g
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 listopada 2011
Kobieta i mężczyzna

Latem 2005 roku pojechałam do Warszawy. Miałam ambitny plan zakotwiczenia się w Bibliotece Narodowej na tydzień – dwa i szukania materiałów do mojej pracy magisterskiej. Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy – że Narodowa zostanie zamknięta na czas akurat mojego przyjazdu. Pocałowałam klamkę – a właściwie – metalowe pręty ogrodzenia, poszwędałam się po parku i wróciłam do mieszkania koleżanki. Kolejny tydzień spędziłam jeżdżąc autobusami po mieście, którego nie znam i które mnie trochę przytłaczało (było niemiłosiernie gorąco… ale ja bardzo lubię jeździć autobusami), wydając ostatnie grosze na filmy dodawane do gazet i czytając. Kiedy moja koleżanka siedziała pracy, ja wylegiwałam się rano w łóżku z książkami.

Czytałam wówczas S@motność w sieci Janusza Leona Wiśniewskiego i frustrację spowodowaną tą lekturą przegryzałam Wywiadem z wampirem Anne Rice. Gdyby nie to, że książkę Wiśniewskiego znalazłam na półce u koleżanki (bestseller czytany z niejakim opóźnieniem – jakie to dla mnie typowe), pewnie przefrunęłaby kilka razy przez pokój zawadzając o meblościankę naprzeciwko. Wszystko irytowało mnie w tej książce. Bohaterowie skrojeni na miarę dla czytelniczek babskich czasopism "ą" i "ę", fabuła - nagromadzenie historii miłosnych pozbawionych happy endu, kompozycja – meandry opowieści, wśród których przed zgubieniem chronił mnie najwyraźniej św. Krzysztof… Wszystko to podlane sosem – nie czułości, tylko czułostkowości… Brrr… Strasznie się wymęczyłam i poświęciłam całą godzinę na cichą medytację poświęconą temu, co ze mną nie tak, skoro tysiące czytelników (a raczej czytelniczek) wypłakiwało oczy i zostawiało nosy w chusteczkach jednorazowych, a po mnie ta opowieść spłynęła…

Z reguły nie jestem pamiętliwa i nawet autorom, których pierwociny nie przypadły mi do gustu, daję kolejną szansę. Przeczytałam zatem Los powtórzony (nuda, wszystko już było), Martynę (Jezu, co za trauma) i Zespoły napięć (jak wcześniej). Żaden autor, który mnie nie zachwycał nie dostał ode mnie tylu szans co Wiśniewski. 188 dni i nocy przeczytałam tylko dlatego, że ta książka ma współautorkę w postaci Małgorzaty Domagalik, a kiedyś kupiłam tę książkę z gazetą na straganie (książka w charakterze dodatku, gazeta – do wanny) i od tamtej pory leżała u mnie dopóki nie wpasowała się tytułem do „nocnego wyzwania”.


 M. Domagalik & J. L. Wiśniewski

 

188 dni i nocy to nie powieść ani opowiadanie, nawet nie felieton – dla odmiany dostajemy zbiór listów, które wymieniali między sobą żywi i istniejący nie tylko na papierze ludzie. Z Małgorzatą Domagalik Wiśniewski porusza całe spektrum tematów dla siebie charakterystycznych – znajdziemy tu rozważania o kobietach i kobiecości, mężczyznach i męskości, samotności, Internecie, podróżach, seksie, anatomii (kobiecej i męskiej), spacerach, genetyce, bezdomnych, pisaniu, rodzinie, feminizmie, seksie, przemijaniu, dzieciach, orgazmie, krytykach literackich, Warszawce i innych miejscach, Kinsey’u, ewolucji, popularności, szczęściu, nieszczęściu, itp. Ergo – standard. Nie tematyka jednak w tej książce mnie zainteresowała, ale portret ludzi, który się z ich wzajemnej korespondencji wyłania. Niezgodnie z tytułem wpisu i wbrew zasadom savoir-vivre'u ;)

Mężczyzna …

Janusz Leon Wiśniewski. Człowiek sukcesu. Ma żonę, o której niewiele pisze i córki, o których pisze nieco więcej. Ma pracę, która dostarcza mu satysfakcji. Podróżuje. Niby wrażliwiec – nadstawia ucha i słucha zwierzeń żebraków i kobiet. Feminista, który zaglądając kobietom głęboko w oczy i w duszę, nie omieszka również zajrzeć im w dekolt i pod spódnicę. Niby spełniony – a jednak wybija się w jego wypowiedziach jakiś kompleks. Olśniewa wiedzą z genetyki, anatomii, psychologii czy ewolucji, przytacza liczby, powołuje się na statystyki – a przez to wszystko przebija się prośba chłopczyka, który chce zaimponować swojej rozmówczyni. „Doceń mnie! Podziwiaj mnie!” – mówi między słowami. Niby jest zainteresowany kobietą, do której pisze, ale tak naprawdę tańczy taniec wokół prywatnych luster – przegląda się w swoich słowach i kontempluje swój pępek. Boli go krytyka jego powieści – włożył w nie tyle serca i pracy, a źli krytycy z Warszawki nie potrafią tego docenić. Dlatego tym bardziej cieszy się, że doceniają go czytelnicy, pardon – czytelniczki. I dlatego też jest w stanie zrobić dla nich wiele – nawet przejechać kilkaset kilometrów z Niemiec do Polski, żeby sprawić niespodziankę jednej z nich. Zadaje Małgorzacie Domagalik takie pytania, od których skręca mi się żołądek („Który raz był dla Pani ważniejszy – ten pierwszy czy ten ostatni?”, „Jaki mężczyzna wywołał u Pani ostatnio zachwyt?", Czym była dla Pani utrata dziewictwa?"). I jest czułostkowy. Mdląco i nadmiernie czułostkowo-wrażliwo-romantyczny.

A jednocześnie – przy całej stereotypowości przełamywania stereotypów, przy całej mdławej czułostkowości, przy całym jego naukowo-erudycyjno-olśniewającym wodolejstwie – potrafi zaskoczyć celnym zdaniem czy uwagą. Wplecioną gdzieś mimochodem – jak rodzynki w zakalec – zdania te udowadniają, że w Wiśniewskim tkwi potencjał na pisarza, a nie tylko zbieracza anegdot i wyciskacza kobiecych łez i portfeli.

Dlatego mam żal – nie do niego, lecz do jego czytelniczek. Bo to ich bezkrytyczne uwielbienie sprawia, że kopniaki, które dostaje od krytyków literackich (którzy bynajmniej nie są krytykantami) spływają po nim, jak deszcz po kaczce. Lud się nie myli – wnioskuje z właściwą sobie logiką pisarz. Skoro go kupują, skoro go podziwiają, to znaczy, że to, co robi ma sens i jest dobre. Nie jest – bywa, w okruchach, w dotknięciach – broni się zdaniami, ale nie ogółem. Jednak dopóki czytelnicy nie otworzą szeroko oczu i nie dostrzegą, że teksty Wiśniewskiego to fasada, smutny parawan, który kryje NIC lub najwyżej NIEWIELE (kilka prawd oczywistych i kompleksy autora), dopóty Wiśniewski nie pójdzie dalej i nie rozwinie się jako pisarz. Szkoda by było – bo pamiętam, że podobne wrażenie jak jego książki, czyniły na mnie pierwociny talentu Remarque’a. Tyle, że do prozy tego ostatniego z jego najlepszych czasów, będę wracać, a o prozie Wiśniewskiego chcę póki co jak najszybciej zapomnieć.

… i kobieta

Małgorzata Domagalik. Wyważona i ostrożna. Rozsądna. Zdystansowana. Jej odpowiedzi są krótsze, bardziej treściwe – pisane z pewnym dystansem – do siebie i do rozmówcy. Nie brak jej zaangażowania, ale potrafi znaleźć słowa, którymi je wyrazi tak, żebym nie dostała kolejnej fali mdłości. To kobieta z klasą. Właśnie – kobieta. Przez wielkie K. Żadna tam rozedrgana siusiumajtka, które na pęczki powołuje do życia Wiśniewski. Jest osobą spełnioną, a nie poszukującą. Szczęśliwą – trudnym i wypracowanym szczęściem, którego cenę zdążyła poznać – a nie smutno-zamyślona. Nie pije po nocach red bulla z whisky w biurze i nie zaczepia obcych osób w Internecie. Jest feministką, ale nie pali stanika i nie łamie obcasów w butach. Pewna siebie i swojej wartości, dobitnie mówi o swoich poglądach – bez uniesień i krzyku. Feministka – ale, jakby ją określił mój znajomy – po prostu normalna kobieta. Nawet na pytania Wiśniewskiego odpowiada w taki sposób, że nie można odmówić jej klasy.

To sól i pieprz (i każda inna możliwa, wyrazista przyprawa) tej książki.

***

Czytałam u kogoś, że można ominąć spokojnie listy Wiśniewskiego i skupiać się na tym, co pisze Domagalik. Nie wiem, czy to dobra metoda lektury tej książki – nie próbowałam, przeczytałam ją kanonicznie – od deski do deski. Mam co do niej pewne wątpliwości – bo to Wiśniewski głównie inicjuje dyskusję, narzuca tematy, do których Domagalik się ustosunkowuje. Ten sposób lektury z pewnością sprawia

To, że czytałam książkę „kanonicznie”, nie oznacza, że nie miałam niekiedy ochoty przewrócić kilku stron i opuścić tematów, których rozważanie mnie nie interesowało. To też jest jakiś sposób na poradzenie sobie z tą książką – można zawsze przeskoczyć dalej, bez większej szkody dla odbioru całości. Nie traci się wątku – bo fabuły tutaj nie ma.

Chociaż… Jak się dłużej zastanawiam nad tym – to właściwie jest tu fabuła. Bo pomiędzy słowami tych listów ukryta jest historia rodzącej się przyjaźni pomiędzy kobietą i mężczyzną. Przyjaźni pozornie niemożliwej – bo przyjęło się sądzić, że taka relacja jest tylko i wyłącznie preludium do „czegoś” więcej. Przyjaźni, która nie może istnieć nie tylko ze względu na płeć piszących, ale również ze względu na odległość między nimi i sposób wymiany myśli (e-maile).

Tymczasem – na przekór stereotypom i obiegowym opiniom, ta przyjaźń się rozwija. Możemy obserwować jak obie strony otwierają się coraz bardziej, rezygnują z pierwotnego dystansu, stopniowo budują zaufanie. Różnią się w poglądach, ale potrafią się „pięknie różnić” – nie zgadzać się i dyskutować bez wzajemnego obrażania się i inwektyw. Z szacunkiem. Bez chwytów poniżej pasa typu: „myślisz jak baba”, „oto poglądy typowego samca”. Na przekór stereotypowi.

Powraca tu znów pytanie – czy przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną jest możliwa? Moim zdaniem – jest. Jeśli obie strony żyją w poczuciu satysfakcji i otwierają się na siebie nie z potrzeby kompensowania sobie strat w życiu (nieudanego związku, niepowodzeń w pracy, itp.) wówczas znika przeszkoda w postaci ryzyka nadmiernego zaangażowania się z podtekstem.

Podobnie jest ze znajomościami w Internecie. W sieci, w której czas i przestrzeń przestają mieć istotne znaczenie, jest miejsce na swobodną wymianę myśli. Można tu poznać drugiego człowieka – to, na ile, zależy oczywiście od stopnia szczerości i otwartości obu stron. Nie jestem jednak zwolenniczką opinii, że prawdziwa rozmowa może odbywać się tylko twarzą w twarz. I w ten sam sposób jedynie może się rodzić „prawdziwa” więź pomiędzy ludźmi.

Inna sprawa to to, na ile autorzy listów zawartych w 188 dniach i nocach są  ze sobą i z czytelnikami szczerzy. Czy już rozpoczynając korespondencję któreś z nich myślało o jej wydaniu? Czy dokonywali skrótów, poprawek w swoich wiadomościach, kiedy zdecydowali się je upublicznić i wydać? A może są jakieś wiadomości, które zdecydowali się pominąć – bo były zbyt intymne i nie przeznaczone dla tłumu czytelników?

Warto było – mimo że Wiśniewski pozostaje Wiśniewskim i nie różni się prywatnie nijak od tworzonych przez siebie bohaterów – sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, żeby zastanowić się nad ilością szans, które się daje pisarzowi. Dla Małgorzaty Domagalik. Dla możliwości obserwowania rodzenia się przyjaźni, która wydaje się być niemożliwa. Dla obserwacji zderzenia dwóch spojrzeń na świat i ludzi – spojrzeń kobiety i mężczyzny.

Inna sprawa, że kiedy myślę o tym, kto jest kim w tej relacji, zaczynają mnie ogarniać poważne wątpliwości. Bo Domagalik wydaje mi się być niepokojąco bardziej męska niż J. L. Wiśniewski… ;)



 



piątek, 11 listopada 2011
„Fonsito i księżyc” – Mario Vargas Llosa

Fonsito i księżyc

            „Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje.”*

 

            Pamiętacie nasze dziecięce miłostki gdy myśleliśmy, że to ta jedyna i do końca życia, gdy mówiliśmy, że chcemy być małżeństwem z naszym ukochanym. Dla niego/niej byliśmy w stanie zrobić wszystko co mogliśmy w tej chwili jako dziecko… Ach ta nasza naiwność i wiara w możliwość dokonania wszystkiego...

Na całość recenzji zapraszam do mnie: http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/2011/11/fonsito-i-ksiezyc-mario-vargas-llosa.html

Pożeracz snów - Bettina Belitz

Pożeracz snów

            „Ponieważ tak świetnie nam się ze sobą gadało, Tillmann i ja w milczeniu doczekaliśmy, aż powoli wstał świt, leśne ptaki zaczęły swój koncert.”*
            Sen jest dla nas formą odpoczynku. Podczas jego trwania odpoczywamy i marzymy. W snach spełniają się nasze najskrytsze marzenia. Jesteśmy też pewni, że to jedyna rzecz do której jeśli tylko chcemy mamy dostęp tylko my. A co jeśli tak nie jest? Co jeśli jest ktoś kto karmi się naszymi pięknymi snami zabierając nam je i zostawiając po snach tylko pustkę, bul i smutek?

Na resztę recenzji zapraszam do mnie: http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/2011/10/pozeracz-snow-bettina-belitz.html

poniedziałek, 07 listopada 2011
Życie ukryte w słowach

margaret atwood

 

Nadal dziwię się, jakim cudem książkę Atwood czytałam przez kilka miesięcy zamiast w dwie godziny w czasie leniwego popołudnia. Czytałam jeden tekst – odkładałam – przegryzałam czymś innym – wracałam. I abarot. Morderstwo w ciemnościach to niepozorna książka, która kryje w sobie kilka pułapek. Warto jest mieć ich świadomość, żeby uniknąć ewentualnych rozczarowań i skoncentrować się na li jedynie smakowaniu tekstu.

Pierwszą  pułapką jest tytuł. Sugestywny, owszem, jednak ci, którzy się spodziewają sążnistego kryminału – lub chociaż opowiadania detektywistycznego – srodze się rozczarują. Nie ukrywam, że mimo przeczytania w Internecie opisu tej pozycji, w którym nie było ani słówka o wątkach kryminalnych, ale po cichu liczyłam, że jednak coś wyłuskam. Nie wyłuskałam.

Bo „morderstwo w ciemności” to metafora. Gra*, w którą bawiła się Atwood dwa razy – najpierw jako młoda dziewczyna, a później już jako osoba dorosła, zamienia się w opowieść o relacji pisarz – czytelnik/krytyk:

Powiedzmy, że mordercą jest pisarz, czytelnik jest detektywem, a książka będzie ofiarą. Albo mordercą jest pisarz, detektywem krytyk, a ofiarą czytelnik. W takim przypadku książka stałaby się też scenografią, łącznie z lampą, która niby przypadkiem przewróci się i potłucze. Ale naprawdę fajniej jest po prostu w to grać.

Tak czy siak, to ja stoję w ciemności. Mam jakiś plan, knuję straszliwą zbrodnię, już wyciągam ręce do twojej szyi albo, przez pomyłkę, do uda. Zbliżam się, słyszysz moje kroki, mam na sobie wysokie buty, trzymam nóż, a może to jest rewolwer z perłową rękojeścią, w każdym razie buty mają bardzo miękkie podeszwy, widzisz filmowy błysk mojego papierosa, chociaż wiesz, że nie palę. Papieros rozżarzy się i zgaśnie w mglistym mroku ulicy czy pokoju. Pamiętaj tylko, że gdy w końcu ucichnie krzyk i zapalisz światło, ja zawsze muszę kłamać. Takie są reguły gry.

Więc – czy mi wierzysz?

Jest w tych słowach zaproszenie, ale i ostrzeżenie. Przychodzi ono w środku tego zbioru, kiedy czytelnik już może odnieść wrażenie, że czegoś się o Atwood dowiedział – ostatecznie sprawia wrażenie, że wykorzystuje ona wydarzenia ze swojego życia, by snuć swoje opowieści. W świetle tych słów o grze w „morderstwo w ciemności” określenie „sprawia wrażenie” jest jak najbardziej zasadne.

Drugą pułapką jest treść. Z okruchów wspomnień, z codziennych drobiazgów, z dotknięć i migawek życia czy literatury, Atwood potrafi wydobyć drugie, trzecie, ba, nawet i czwarte dno. Czy pisze o dzieciństwie, czy o książkach, czy o sztuce pisania, czy o podróżach – unika przekleństwa łopatologiczności. Jej teksty są pretekstem do rozważań nad naturą stereotypu, życia, śmierci, kobiety, pisania, zderzenia z inną kulturą, itp. Są zarazem pełne niedopowiedzeń – stwarzają olbrzymią przestrzeń, którą czytelnik musi wypełnić sobie samodzielnie – pracą własnej wyobraźni i myśli. Zwłaszcza pierwsza część wypełniona jest symbolami, a to, w jaki sposób je zinterpretuje, jest jego wyborem. Musi tylko pamiętać o tym, że jest to też element gry – a morderca czyha na niego w ciemnościach.

Wreszcie trzecia pułapka - forma. Nie jest to powieść. Trudno nazwać ten zbiór tekstów opowiadaniami. Ci, którzy bowiem liczą na fabułę, chociaż szkicowo zarysowanych bohaterów czy wartką akcję – rozczarują się. Większość tekstów zajmuje jedną stronę. Kilka jest dłuższych. Nie mniej jednak stanowią one bardziej próbę uchwycenia ulotnych myśli, medytację nad zagadnieniem niż   Bliższa prawdzie nazwa to szkice lub obrazy. A może nazwać teksty Atwood impresjami? Okruszkami? Mikroesejami? Rozpacz genologa – podobna do tej, którą opisywał Tatarkiewicz w przypadku badacza starającego się zdefiniować pojęcie „romantyzm” - staje się moim udziałem, kiedy próbuję określić formę tych tekstów.

Ostatni rok to dla mnie czas odkrywania krótkich form literackich. Zawsze lubiłam poezję – właśnie za jej dar kondensacji. Za to, że w kilku słowach jest w stanie zawrzeć paradoks istnienia, bólu, śmierci, radości. Mimo to – kiedy wybierałam sobie kolejne lektury – patrzyłam zwykle na ich objętość. Opowiadanie, krótkie formy – to były dla mnie przystawki do sutego obiadu. Im grubsza książka – tym większa radość – myślałam. W zetknięciu z tekstami Atwood – i innych pisarzy, których miałam okazję w krótkich formach ostatnio sprawdzać – ta zasada nie znalazła potwierdzenia. Atwood bowiem potrafi nasycić jedną stronę tekstu taką ilością treści, jakiej często nie wyciskam z wielowątkowej, pisanej z epickim rozmachem powieści. To, co inni podają niekiedy w dawkach homeopatycznych, wielokrotnie rozcieńczone, ona ogranicza i kondensuje do granic możliwości. Może właśnie w tym tkwi tajemnica mojego nowego czytelniczego rekordu: najkrótsza książka czytana przez długi czas?

Jedna tylko rzecz nadal mnie gnębi – być może umyka mi ona, bo jestem humanem-tumanem i pozornie nieskażonym iskrą matematyczną. Na okładce bowiem znalazła się tajemnicza zapowiedź: „w dziesięciu krótkich opowiadaniach”... A ja teraz sobie siedzę i dumam: jakich u licha dziesięciu? Kombinuję w tę i z powrotem ze spisem treści. Jak wół: cztery części wyróżnione cyframi rzymskimi, dwadzieścia siedem tekstów… Nie widzę czwórki – chyba, że została ona domyślnie przypisana autorce, jako symbol doskonałości ziemskiej. Jeśli tak – to zgadzam się, jej teksty są doskonałe. Każdy z nich jest więcej wart, niż dorobek życia całkiem pokaźnej armii pisarzy.

To moje pierwsze spotkanie z kanadyjską pisarką. Pierwsze, ale nie ostatnie – na półce czekają jeszcze Kobieta do zjedzenia i Pani wyrocznia. Pewnego dnia się doczekają. Doigrają :)

___

*) Atwood podaje następujący opis tej gry:

Zwijamy kawałki papieru i wrzucam do kapelusza, do miski albo kładziemy na środku stołu. Każdy wyciąga jeden zwitek. Kto wyciągnie x, jest detektywem, kto znajdzie czarną kropkę, jest zabójcą. Detektyw wychodzi z pokoju i gasi światło. Wszyscy krążą po omacku po pokoju, póki morderca nie wybierze ofiary. Może jej szepnąć: „nie żyjesz”, albo objąć dłońmi za gardło i ścisnąć na niby, ale zdecydowanie. Ofiara krzyczy i pada na ziemię. W tym momencie wszyscy stają w miejscu, prócz mordercy, który oczywiście nie chce dać się złapać. Detektyw liczy do dziesięciu, zapala światło i wchodzi do pokoju. Może teraz przesłuchiwać każdego, oprócz ofiary, której nie wolo odpowiadać, bo nie żyje. Wszyscy poza mordercą muszą mówić prawdę. Morderca musi kłamać. (s. 40)