Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | Plany | nie | poezja
RSS
niedziela, 29 maja 2011
Aviator

Antoine de Saint-Exupery

Wyznanie: nie cierpię Małego księcia. Nie przemawiała, nie przemawia i chyba nigdy nie przemówi do mnie ta filozoficzna baśń „dla dorosłych i dla dzieci”. Gdybym w podstawówce znała Gombrowicza mogłabym westchnąć za jednym z bohaterów: „Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”. Tak czy siak - na długo zniechęciłam się do twórczości A. de Saint-Exupèry i pewnie gdyby nie „nocne wyzwanie” nie sięgnęłabym po cieniutką książeczkę szumnie nazywaną powieścią (liczy całe 73 strony…) zatytułowaną Nocny lot. Przeprosiłam się z twórczością Exupèry nie na tyle, żeby ponowić traumę spotkania z Małym księciem, ale z półki „francuskiej” łypie na mnie okładką Ziemia planeta ludzi. Heh, może gdy nastanie lato…

Moje obawy, że Nocny lot został napisany w tej samej nieznośnej manierze, co Mały książę zostały szybko rozwiane. Na szczęście…

W Nocnym locie Exupèry sięga do własnych doświadczeń. Był pilotem. Pracował też przez jakiś czas jako dyrektor firmy przewozowej. Przedstawiona przez niego historia tytułowego nocnego lotu może być odczytywana jako medytacja nad sensem działania, jakie podejmujemy w życiu codziennym.

Autor zderza ze sobą dwie perspektywy – dyrektora Rivière oraz żony Fabiena, pilota nocnego lotu z Patagonii.

Rivière. Pięćdziesięciolatek. Zmęczony życiem. Wypełniony egzystencjalnymi pytaniami – spośród których najważniejszym będzie to o sens działania, które codziennie podejmuje. Przez rok walczył o możliwość wprowadzenia nocnych lotów w lotnictwie cywilnym. Przywiązany do swoich pilotów, ale kocha ich „trudną” miłością. Surowy, wymagający, często wręcz – niesprawiedliwy. Za najmniejsze spóźnienie lub zniszczenie samolotu – pilot traci premię. Za każdą niedokręconą śrubkę, niedopatrzenie – mechanik traci pracę lub zostaje zdegradowany. Choć może się to wydawać okrucieństwem – Rivière ma świadomość, jak istotna jest precyzja w zawodzie lotnika. Każdy najmniejszy błąd może zaowocować zakazem nocnych lotów (o które tak walczył) i spadkiem konkurencyjności tej formy transportu w stosunku do transportu wodnego lub lądowego. Wymagając wiele od swoich podwładnych, Rivière ma ambicję zmuszenia ich do wykorzystywania maksimum swoich umiejętności i przekraczania granic własnego lęku. Karząc ich nawet za sytuacje od nich niezależne (mgła, anomalie pogodowe, które przyczyniają się do opóźnień) zyskuje nie tylko szacunek, ale też spełnia jeden ze swoich życiowych celów – wykuwa nowych ludzi. Do inżyniera mówi: Ale jeżeli nawet życie ludzkie jest bezcenne, postępujemy zawsze tak, jak gdyby istniało coś, co jest więcej warte niż życie ludzkie… Ale co? Odpowiedzią na pytanie pozornie retoryczne może być ta „cząstka” – człowieczeństwa, postępu (?) – którą Rivière chce ocalić i wykuć w swoich podwładnych. Ma świadomość, że jeśli ona nie ocaleje – cała jego działalność nie ma usprawiedliwienia.

Po drugiej stronie barykady stoi żona Fabiena. Młoda, zakochana kobieta. Czeka w domu na powrót męża. Są małżeństwem od sześciu tygodni. Odlicza kolejne przystanki na drodze męża do domu. Budzi się w środku nocy i przygotowuje dom na jego przyjazd. Simone reprezentuje inne żony pilotów, które przywiązują ich do siebie tkliwymi więzami: muzyką, miłością, kwiatami; ale za każdym razem, w godzinę odjazdu, więzy te opadały zeń i zdawało się, że nie bolał nad tym wcale.

 Kiedy spotyka się z Rivière, ten ma świadomość, że naprzeciw niego stoi nie tylko żona Fabiena, lecz odmienne pojmowanie życia. Mógł tylko litować się słuchając tych słów żałosnych, tej pieśni smutnej, jemu wrogiej. (…) Ta kobieta przemawiała do niego w imię swych obowiązków i swych praw. W imię świata, w którym płonęła lampa na stole wieczornym, w imię ciała, co się dopomina o swoje ciało, w imię światła pełnego nadziei, tkliwości, wspomnień. Domagała się swego dobra i miała rację.

Konflikt pomiędzy racjami reprezentowanymi przez Rivière i Simone Fabien to konflikt tragiczny. Obie racje są słuszne i nie sposób dokonać pomiędzy nimi wyboru, który by usatysfakcjonował  (Ani czynu bowiem, ani szczęścia osobistego nie można dzielić – są niepodzielne.). Co jest ważniejsze: postęp świata czy szczęście osobiste? Stojąc pochylony nad robotnikiem okaleczonym przy budowie mostu Rivière słyszy słowa z ust pewnego inżyniera: Czy wart jest cały most tej jednej zmiażdżonej twarzy?  A jednak – nadal budujemy mosty – jakby wychodząc z założenia, że interes ogólny składa się z sumy interesów prywatnych. Ile osób zastanawia się nad ich ceną – liczoną w ludzkich życiach – przejeżdżając przez mosty, podziwiając piramidy i katedry?... To, co ogólne, społeczne – ma swoją cenę – którą jest samotność. Płaci ją Rivière (wielki, zwycięski Rivière, dźwigający brzemię swojego zwycięstwa). Płaci ją Simone Fabien, która przez krótki czas mogła doświadczyć złudności kompromisu między szczęściem ogólnym i prywatnym.

Pomiędzy Rivière i Simone Fabien – terytorium ich wpływów – piloci. W latach dwudziestych i trzydziestych byli bohaterami zbiorowej wyobraźni. Uosabiali kolejny etap zwycięstwa odnoszonego przez człowieka w starciu z siłami natury. Byli następcami żeglarzy i podróżników odkrywających białe plany na mapach świata i poprzednikami astronautów ścigających się w drodze na Księżyc. Z uśmiechem na ustach odrywają się – wydawałoby się bez żalu - od opiekuńczych ramion swoich żon i kochanek – oplatających ich niczym liany – wsiadają do swoich maszyn i bez strachu ruszają na podbój przestworzy. Tylko czasami, mijając anonimowe osady, na widok rozświetlonych okien, odczuwają przypływ chwilowej tęsknoty za stabilizacją:

Domy, kawiarnie, drzewka skwerów – wszystko, co nadaje urok życiu człowieka, rosnąc zbliżało się ku niemu. Fabien podobny był do zdobywcy, który po dniu triumfu, spoglądając na podwładne mu ziemie, dostrzega nagle skromne szczęście ludzkie. Zapragnął zdjąć z siebie zbroję, poddać się bezwładowi i znużeniu – niedola ludzka to również pewne bogactwo – stać się zwykłym człowiekiem, który co dzień ogląda przez swe okno ten sam widok. Zgodziłby się pozostać nawet w tej oto mieścinie; zrazu wybieramy, a potem poprzestajemy na egzystencji przypadkowej, którą z czasem możemy nawet pokochać. Ogranicza nas ona jak miłość.

Ale po chwili zapomnienia i odpoczynku przychodzi refleksja – jeszcze tyle do odkrycia. I mężczyźni wyruszają w podróż, gnani pierwotnym wezwaniem, któremu nie są w stanie się oprzeć.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ta nieznośna dychotomia. Mężczyźni – odważni zdobywcy, przekraczający granice przyrody i własnej wytrzymałości. Kobiety – kochające, otulające, chroniące. Oni – czynni. One – bierne. Jak w tej piosence, którą śpiewała Alicja Majewska: bo męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać,(…) męska rzecz - dognać w biegu i uśmierzyć grzywy fal...
nasza rzecz - stać na brzegu, stać i wierzyć i patrzeć w dal...

Zatkało mnie, kiedy po przeczytaniu Nocnego lotu uświadomiłam sobie ten podział. Można się bowiem krzywić na jego stereotypowość, ale kiedy wspominam niektóre dyskusje z „prawdziwymi facetami”, którzy kazali mi wymieniać „choć jedną kobietę (poza Marią Curie-Skłodowską), która zrobiła coś dla rozwoju nauki/literatury/kultury” to zaczynam się bać – co by było, gdyby dorwali powieść Saint-Exupèry’ego w swoje łapki. Obawiam się, że przekonanie - że gdyby nie oni to byśmy nadal się bujali zaczepieni ogonem na drzewach – zostałoby umocnione. Bo ostatecznie – abstrahując od wymowy Nocnego lotu, która nie da się na szczęście sprowadzić li i jedynie do feministyczno-mizoginicznych przepychanek – kto potrafi wymienić jakąś znaną kobietę, która zrobiła coś dla nauki/kultury/literatury? ;) I właściwie dlaczego Maria Curie-Skłodowska miałaby być wyłączona z tej konkurencji? ;)

 





„Po zmierzchu” – Haruki Murakami

Po Zmierzhcu

„Po zmierzchu” opisuje jedną noc dziejącą się w Tokio. Na początku poznajemy Mari, dziewczynę czytającą książkę w jednej z całodobowych restauracji i pewnego chłopaka, który ma przerwę całonocnej próbie zespołu muzycznego i który ją zagaduje, prostytutkę obitą w lovehotelu, siostrę Mari, która pewnego dnia oznajmiła, że teraz pośpi i śpi… już parę tygodni. Poznajemy też tajemniczego Mężczyznę bez Twarzy. Między nimi jeszcze kilka innych osób. Niby nic ich nie łączy, ale podczas tej nocy coś ich połączy. Szereg różnych zdarzeń doprowadzi do ich udziału w nich świadomie lub mniej świadomie.

 

Na całość recenzji zapraszam do mnie: http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/2011/05/po-zmierzchu-haruki-murakami.html

czwartek, 19 maja 2011
Dziwny przypadek psa nocną porą - Mark Haddon

Kolejna przeczytana w ramach tego wyzwania książka to:

Książka pomyłka.

Język, intryga i prawdopodobieństwo opisywanych wydarzeń - jak w książkach dla dzieci. Z kolei pomysł na książkę, czyli przedstawienie opisywanych wydarzeń z punktu widzenia dziecka z zespołem Aspergera - zaciekawi tylko dorosłych. A przetkanie książki rozważaniami matematycznymi, sprawia, że ta część ksiażki jest zrozumiała co najwyżej dla kilku procent populacji.

Ktoś zabił widłami psa sąsiadki cierpiącego na zespół Aspergera 15-letniego Christophera. Chłopiec postanawia przeprowadzić w tej sprawie dochodzenie, wzorując się na swoim ulubionym bohaterze Sherlocku Holmsie. Sprawę udaje mu się wyjaśnić, tyle że przy okazji wyjaśnia jeszcze innych wiele spraw, o których nie miał pojęcia, albo w których dawał się, niczego nie podejrzewając, okłamywać.

To co jest ciekawe w tej książce, to przedstawienie sposobu myślenia i postrzegania świata osoby chorej na tą lekką postać autyzmu. I jeżeli kogoś to interesuje, to dla tych fragmentów warto tę książkę przeczytać.

Do refleksji skłania też to, jak mocno dorośli krzywdzą dzieci poplątaniem swoich emocjonalnych związków, tyle że mało to odkrywcze i akurat w tym punkcie reakcje Christophera są typowe i mało "autystyczne".

środa, 11 maja 2011
Marzyciel

Dostojewski

Czytałam Zbrodnię i karę Dostojewskiego kilkukrotnie – zawsze z przyjemnością świadczącą chyba o masochizmie i naturalistycznych gustach. Kontynuacja zaznajamiania się z dorobkiem tego uznanego pisarza rosyjskiego nie była jednak usłana różami. Przy Biesach zasnęłam. Braćmi Karamazow trzasnęłam o ścianę (huk był straszliwy i posypały się złote gwiazdy, bo to zacnej objętości książka była, w dodatku w „wypasionych” skórzanych okładkach). Kiedy do „nocnego” wyzwania wybrałam opowiadanie Białe noce miało ono stanowić formę przeprosin z twórczością Dostojewskiego. Przeczytałam. Pomedytowałam. Wnioski poniżej.

***

Bohaterem Białych nocy jest dwudziestosześcioletni młodzieniec, który sam siebie określa mianem marzyciela. Jego imienia nie poznajemy – albo – co bardziej pewne – umknęło mi w zawiłości zdań, wykrzykników i wielokropków. Spotykamy go podczas jednej z wielu peregrynacji po Petersburgu i jego okolicach, kiedy ratuje z opresji młodą, piękną (a jakże) i zapłakaną damę. Ciąg dalszy – przewidywalny, chyba, że ktoś pałał wyjątkowym wstrętem do romantyzmu i nie przyswoił sobie podstawowych schematów charakterystycznych dla fabuł z tej epoki.

Młoda dama – siedemnastoletnia Nasteńka (ech, te zdrobnienia – przekleństwo tekstu) decyduje się kontynuować znajomość ze swym wybawicielem, ale pod dość wszakże oryginalnym warunkiem – nasz marzyciel nie może pod żadnym pozorem się w niej zakochać. Kilka spotkań owocuje poznaniem historii młodych ludzi. On - odsłania przed nią tajemnice świata marzeń, w którym egzystuje pełniej niż w otaczającej go rzeczywistości, ona – odwzajemnia mu się opowieścią o ślepej babce, która przypina ją do sukni agrafką (oryginalny sposób na dbanie o cnotę niewiast, nieprawdaż?) i historią swojej niespełnionej miłości do lokatora ich małego mieszkania, który wyjechał na rok z Petersburga – ale miał wrócić w tym dniu, w którym nastąpiło spotkanie naszej dwójki bohaterów. Marzyciel decyduje się być pośrednikiem pomiędzy zakochanymi i ciągu dalszego możemy się domyślić. Happy end – ale nie do końca taki, jakiego pragnęliby czytelnicy. On – ze złamanym sercem i światem w okruszkach, ona – szczęśliwa, nadal zakochana (w tamtym) i licząca na jego (marzyciela) przyjaźń.

Marzyciela z opowiadania Dostojewskiego wiele łączy z Werterem. Jest młody i cierpi, jakby z przekąsem stwierdziła moja koleżanka. Jest wrażliwy na piękno (m. in. przyrody), obdarzony czułym sercem i wrażliwością. Samotny, wyobcowany ze świata, nie potrafi zdobyć, ani utrzymać przy sobie przyjaciół. Odczuwa ból istnienia. Indywidualista, odrzucający konwenanse. Bunt przeciw otaczającej go rzeczywistości wyraża poprzez wyłączenie się z niej. Ma świadomość, że jego ideały nie są możliwe do zrealizowania – stąd wybiera życie w świecie marzeń. Życie wśród bohaterów książek i oper – jest jego zdaniem – pełniejsze i bogatsze, ale zarazem przesycone tęsknotą i poczuciem niespełnienia. Kocha wyidealizowane i nieistniejące kobiety. Modli się do nich. Dokonuje swoistej apoteozy tego uczucia – z góry skazanego na klęskę – bo przecież jego ideał nie może przybrać ludzkich kształtów.

 Spotkanie z Nasteńką jest momentem, w którym dwie płaszczyzny – rzeczywistości i świata marzeń przecinają się ze sobą na chwilę. Symbolem tego wzajemnego przenikania się tych perspektyw mogą być tytułowe białe noce. To czas, kiedy słońce – pomimo, że znika z horyzontu – jest na tyle blisko, że nie zapada nad Petersburgiem absolutna ciemność. Noc i dzień przenikają się, tak jak na chwilę – w czasie jednej z nich – marzenia bohatera opowiadania Dostojewskiego wydają się stawać rzeczywistością.

Ale ta konfrontacja marzeń i rzeczywistości jest bolesna. Za chwilę spełnienia marzyciel płaci wysoką cenę. Nie tak wysoką, jak Werter, który – jak pamiętamy - popełnił – wyreżyserowane samobójstwo. Marzyciel – pozornie - powinien podążyć jego drogą.

 Nasteńka odeszła z odzyskanym ukochanym – marzyciel powrócił do swego dawnego świata przypominającego rozbite lustro, które ktoś, niewprawną ręką, próbował posklejać. Nic nie będzie już takie jak dawniej. Iluzoryczność marzeń odsłania się przed nim w całej swej pełni. Jednak on – dokonując w świetle poranka podsumowania tej konfrontacji – uważa, że było warto. Nawet jeśli spełnienie trwało tyle, ile zajmuje dziecku podniesienie kamienia i rzucenie nim w taflę lustra.

Dostojewski pozostawia nas jednak z mnóstwem pytań. Nie zostają zadane wprost – jednak brzęczą w głowie jak natrętne muchy w upalne lipcowe południe. Czy marzyciel odnowi znajomość z Nasteńką? Czy popełni samobójstwo po miesiącach funkcjonowania w niszczącym go „trójkącie”? A może jednak uda mu się odbudować własny, wewnętrzny świat? Dostojewski niczego nie przesądza i pozwala nam samodzielnie dopisać dalszy ciąg historii petersburskiego Wertera.

***

Siłą rozpędu przeczytałam drugie opowiadanie w zbiorze – Łagodną, którego tytuł bywa też tłumaczony jako Potulna. W przedmowie „Do czytelnika” Dostojewski zapowiada treść utworu:

Proszę sobie wyobrazić męża, którego żona leży na stole martwa: przed kilkoma godzinami popełniła samobójstwo, rzuciwszy się z okna. Jest wzburzony i jeszcze nie zdążył zebrać myśli. Chodzi po pokojach i usiłuje zdać sobie sprawę z tego, co zaszło, „uporządkować swe myśli”. Dodajmy, że jest to zagorzały hipochondryk z gatunku tych, co sami ze sobą rozmawiają. Oto właśnie mówi sam do siebie, referuje sprawę, wyjaśnia ją sobie. Mimo pozornej ciągłości tej relacji, niejednokrotnie przeczy sobie – zarówno logicznie, jak uczuciowo. To usprawiedliwia siebie, to oskarża ją i wdaje się w uboczne rozważania: mamy tu i wulgarność myśli, i serca, i głębię uczucia.

Pomimo, iż Dostojewski przez tę przedmowę odsłania przed nami treść opowiadania – nadal tkwi w nim tajemnica. Dlaczego kobieta popełniła samobójstwo? Na ile prawdziwa jest relacja o ich małżeństwie opowiedziana w stanie najwyższego wzburzenia przez jej męża? Jaką tajemnicę odkryć chce przed nami Dostojewski – odkrywając tak wiele z treści tekstu?

Śmierć samobójcza – zwłaszcza, jeśli przytrafia się w najmniej spodziewanym momencie – zawsze dotyka najbliższych. Rodzi pytania – choćby mimowolne – czy to moja wina? Czy to ja się do tego czynu przyczyniłem/przyczyniłam? Mąż skonfrontowany z zagadką śmierci ukochanej próbuje rozwikłać tę tajemnicę. Z jego monologu wyłania się przerażający, ale i zarazem fascynujący, obraz przemocy domowej – piekła zgotowanego ukochanej osobie w imię miłości i pragnienia urzeczywistnienia swoich fantazji. I ten bohater określa sam siebie mianem marzyciela – jak różne jednak w skutkach są marzenia, które nosi on w sercu do tych, które skrywa bohater Białych nocy. A zarazem – jak podobne w treści…

W tych kilka godzin, które obejmuje akcja opowiadania, bohater staje przed najbardziej surowym i bezwzględnym z ziemskich trybunałów – przed własnym sumieniem. Analizując historię swojego małżeństwa jest dla siebie jednocześnie i oskarżycielem, i obrońcą, i sędzią. Gdy z potoku słów – nieznacznie wygładzonych przez Dostojewskiego –  morza samooskarżeń, usprawiedliwień, gorących zapewnień, pytań, na które już nie można odnaleźć odpowiedzi, padają wreszcie z ust bohatera słowa: Zadręczyłem ją – oto prawda! – możemy odnieść triumfalne wrażenie, że oto dokonuje się w jego życiu przełom. Że wydostaje się ze sztywnej skorupy egoizmu i tyranii, przezwycięża potrzebę kontroli i podporządkowania, że odrzuca kompleksy, które zdeterminowały jego los. Czy aby jednak na pewno? Ostatnie słowa, wypowiedziane przez niego – na chwilę przed tym, gdy zapadnie kurtyna i zgasną światła, każą nam jednak o tym powątpiewać…

***

Forma… Nie jestem w stanie ocenić jakości przekładu – moja przygoda z językiem rosyjskim zakończyła się - niestety – po szkole podstawowej. Przesycony patosem i uczuciami język Białych nocy harmonizuje z treścią utworu – emocje grają w nim na najwyższej strunie. I w sumie to mi w tym opowiadaniu przeszkadzało. Nawet Broniewski jako tłumacz nie był w stanie mi tego osłodzić…

Natomiast Łagodna to mistrzostwo formy. Dostojewski świetnie uchwycił emocje człowieka stojącego na skraju przepaści i dokonującego rozrachunku ze swoim życiem i małżeństwem. Mocna, soczysta, druzgocząca proza. Świetny tekst dla aktora, który szuka materiału do monodramu. Chciałabym zobaczyć to na scenie.

***

Na koniec kwestia, która po przeczytaniu tych opowiadań nie daje mi spokoju…

Doborem tekstów w zbiorach opowiadań rządzi zwykle jakaś logika (piszę „zwykle” – bo niekiedy doprawdy trudno mi ją dostrzec w niektórych antologiach). Taki wybór może stanowić zapis tego, co najlepsze w twórczości danego autora – swoistą reprezentatywną próbkę geniuszu, przynętę – zachętę do dalszych poszukiwań. Może mieć on również ambicję ukazania rozwoju warsztatu pisarza albo przemian, jakie zachodzą w tematyce jego tekstów.  Może wreszcie być pewnego rodzaju zapisem stanu świadomości autora – na danym etapie jego literackiej kariery.

W związku z tym nasuwa mi się pytanie – dlaczego redaktorzy postanowili zestawić ze sobą te dwa opowiadania? Białe noce i Łagodną. Jakie nowe horyzonty mogą odsłonić się przed czytelnikiem jeśli zderzy ze sobą te dwa teksty? Jeśli przeczyta jeden przez pryzmat drugiego i odwrotnie?

Mam kilka przemyśleń, które stanowią mój prywatny zapis z eksperymentu, jakim było zderzenie ze sobą tych opowiadań. Ale kwestię tę chcę pozostawić otwartą – bez narzucania mojej perspektywy – jako pewnego rodzaju zaproszenie do refleksji dla każdego potencjalnego odbiorcy tego tomu.