Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | Plany | nie | poezja
RSS
czwartek, 30 czerwca 2011
Z ciemnością jej do twarzy

Przeczytana w ramach czasowych, ale zapomniałam ją tutaj opublikować. Więc odsyłam do mojej recenzji na blogu

Nie wiem czy mam robić jakieś podsumowanie. W ramach wyzwania przeczytałam 3 książki. Z tego dwie nie zaplanowane. Te pozostałe dwie zaplanowane przeczytam jak przyjdzie na to czas ;)

Dziękuję Padmie, za zorganizowanie tego wyzwania :)

"Pożeracz snów" Bettina Belitz

 

 

.

 

Pożeracz snów" to właściwie powieść dla nastolatek. Siedemnastoletnia Elisabeth Sturm przenosi się wraz z rodzicami do nowego domu. Przeprowadzka jest jej w niesmak, w gwarnej Kolonii czuła się dobrze, odnalazła się w swojej klasie, nawiązała przyjaźnie, tymczasem rodzicie kupili dom na zapadłej wsi. Elisabeth jest wściekła na rodziców i na cały świat, niespecjalnie ma ochotę na nowe przyjaźnie i jej pierwsze dni w szkole wyrabiają jej opinię osoby odpychającej i zadzierającej nosa. Mieszkanie na wsi staje się dla Elisabeth atrakcyjne gdy pewnego dnia przypadkiem poznaje tajemniczego Colina, który wydaje się być nie z tego świata. Ellie powoli poznaje jego tajemnice i ze zdumieniem odkrywa, że także jej rodzina jest niezwykła.

Dalszy ciąg na moim blogu.

 

wtorek, 21 czerwca 2011
Hans Helmut Kirst "Noc Generałów"

 

Zanim gościnna Padma zamknie cykl "Czytanie nocą" to jeszcze kilka słów o jednej książce z nocą w tytule, która przydarzyła mi się w ostatnich tygodniach.

Książka Kirsta to zwykły kryminał, którego akcja toczy się na przestrzeni kilku lat, najpierw w wojennej Warszawie, potem w takimże Paryżu i w końcu w powojennym Berlinie. Jeśli jednak ktoś spodziewałby się znaleźć opisy okupacyjnych realiów, czy szczegółowych opisów tychże miejsc, to srodze się zawiedzie. Akcja książki śmiało mogłaby się toczyć w zupełnie innych miastach ówczesnej Europy i wcale nie miałoby to wpływu na jej treść i dramaturgię. Również sama intryga osnuta wokół brutalnych morderstw kobiet nie grzeszących przyzwoitym prowadzeniem się nie została, według mnie, dostatecznie zagmatwana. Dość powiedzieć, że już po lekturze pierwszej części książki wiedziałem kto zabił. Dzieło Krista przeznaczone jest do jednorazowej lektury dla zabicia czasu i natychmiastowego zapomnienia. Tym niemniej sądzę, że lepiej przeczytać nawet taką książkę niż bezmyślnie rechotać przy telewizyjnym Comedy Central. Podczas swojego ostatniego pobytu w szpitalu miałem w szafce jeszcze jedną książkę tego autora z nocą w tytule, "Noc długich noży". Jednak pomimo problemów ze skupieniem się nad poważniejszymi lekturami, po doświadczeniu "Nocy Generałów", postanowiłem ją odłożyć na daleką, nieokreśloną przyszłość. I obawiam się, bez żalu jednak, że może mi nie starczyć na nią czasu.

 

23:30, karl.luna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 czerwca 2011
Córki Księżyca: Bogini nocy, W zimnym ogniu - Lynne Ewing

Małe amerykańskie miasteczko jakich wiele. Zwykła, publiczna szkoła, jakich jeszcze więcej. W niej zaś cztery niewyróżniające się, za to zupełnie różne od siebie dziewczyny. Aż do znudzenia zwyczajne, z typowymi problemami nastolatek, obracającymi się wokół płci brzydszej, zakupów i imprez. Przynajmniej pozornie, gdyż pod płaszczykiem normalności kryją się dość niecodzienne moce...

Całość do przeczytania: tu

piątek, 17 czerwca 2011
Ona to on

Szekspir

 

Kiedy byłam na studiach, do egzaminu z teatrologii mieliśmy wybrać sobie wybrane zagadnienie do opracowania – oprócz szeregu informacji, które powinniśmy posiąść, żeby legitymować się oceną co najmniej dostateczną z tego przedmiotu w indeksie. Podczas gdy moje przyjaciółki z wypiekami na twarzy zgłębiały tajniki dzieł Szekspira i teatru elżbietańskiego, ja (jako jedyna na całej specjalizacji) zatonęłam w zakamarkach antycznych tragedii Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa i meandrach teatru greckiego, którego nieoczekiwane oblicze odsłoniły mi Gardzienice.

Nie miałam nigdy szczęścia do dramatów Szekspira. Czytałam, czytałam. W liceum, później na studiach zasypiałam z książkami na twarzy. Niewiele pamiętałam –  kiedy próbowałam sobie cokolwiek przypomnieć, miałam wrażenie podobne do nabierania do wiadra wody durszlakiem – syzyfowa praca…

Dramaty teatralne traktuję wyłącznie użytkowo. I nie lubię ich czytać. Z prawdziwą przyjemnością oglądam ich adaptacje teatralne czy filmowe – i te przede wszystkim zostają mi w pamięci. Obejrzałam chyba wszystkie filmowe adaptacje „Hamleta” i „Makbeta” oraz pojedyncze innych dramatów Szekspira – postaci nabierały kształtów, słowa – treści, a wszystko wypełniał zamysł reżysera – jego autorska interpretacja tekstu, która mnie porywała lub z którą się kłóciłam.

Dlatego z nieufnością podeszłam do lektury Wieczoru Trzech Króli. Do komedii Szekspira zniechęciłam się czytając Burzę. Miało być śmiesznie – a nie było. Pomijam fakt, że z treści Burzy nic a nic nie pamiętam… Dlatego cierpłam na myśl o 150 stronach ekwilibrystyki słownej, z której będę starała się wycisnąć chociaż jeden uśmiech. Tymczasem Szekspir mnie zaskoczył.

W czasie katastrofy morskiej tonie statek, którym podróżują Viola i Sebastian – rodzeństwo, które cechuje niemal bliźniacze podobieństwo. Obojgu udaje się ujść z życiem, ale zostają rozdzieleni i Viola opłakuje śmierć brata, a on – śmierć siostry. Tymczasem Viola przebrana za mężczyznę zaciąga się w służbę na dworze księcia Ilirii – Orsino, w którym jest skrycie zakochana. Na jej nieszczęście (?) książę – znany z niestałości – zapałał uczuciem do pięknej Oliwii, która odtrąca jego zaloty. Viola vel Cesario otrzymuje zadanie specjalne – przekonanie Oliwii o szczerości uczuć księcia i zdobycie dla niego jej ręki. Na jej drodze stanie nie tylko sir Andrzej (kompan do kieliszka jej kuzyna), starający się o względy dziewczyny, ale również niespodziewane uczucie, którym Oliwia zapała do… Cesaria.

Zakończenia nie zdradzam – choć jest przewidywalne dla tych, którzy w swoim życiu oglądali przynajmniej jedną komedię romantyczną (sztuka Szekspira spełnia wymogi tego gatunku). Permanentny happy end - wierni i zakochani zostają nagrodzeni, pyszni (Malvolio) dostają prztyczka w nos, a Błazen śpiewa piosenkę.

Zanim jednak nastąpi oczekiwany happy end, a Szekspir rozetnie z wdziękiem węzeł gordyjski intrygi, czekają nas pełne dowcipu dialogi, pomyłki, niespodziewany pojedynek i zderzenie z gamą pełnokrwistych i zabawnych postaci. Pamiętacie Świętoszka Moliera? Zawsze wolałam złośliwą i obrotną Dorynę od łzawej i rozciapcianej Marianny. W przypadku Wieczoru Trzech Króli nie odniosłam wrażenia, że służąca jest zabawniejsza od jej pani. Ale i tak moimi faworytami są sir Tobiasz Czkawka i sir Andrzej Chudogęba. Ich pijackie eskapady i niezmorzona wola siania chaosu i robienia psikusów otoczeniu oraz słowne potyczki z Oliwią, Malvoliem, Marią czy Violą są solą tej sztuki i źródłem nieustającej radości.

Komedia Szekspira może również spełnić funkcję dydaktyczną i być swoistym przewodnikiem dla osób szukających złotych myśli czy wiedzy na temat męsko-damskich gier. Oto mój – subiektywny oczywiście - wybór cytatów na różne tematy:

  • O doborze wiekowym partnerów, sile męskich uczuć i pięknie kobiet (Książę Orsino):

Żona powinna być młodsza

Od męża: wtedy może się i łatwiej

Doń dopasować, i ściślej mu serce

Objąć swą władzą. Bo, wbrew męskiej pysze,

Nasze uczucia są chwiejniejsze, bardziej

Płoche, mniej trwałe i gasnące szybciej

Niż żar kobiecych serc.

[…] Zatem wybrankę znajdź młodszą od siebie –

Inaczej afekt zbyt rychło osłabnie.

Kobieta jest jak róża: gdy rozwinie

Płatki – opadną w tej samej godzinie.

 

  • O niebezpieczeństwach gier słownych (Viola):

Kto flituje ze słowami, ten im się łatwo daje uwieść.

 

  • O dewaluacji słów i obietnic (Błazen):

Imię to też słowo i siostrunię uwiedzie każdy, kto się do niej grzecznie zwróci po imieniu; a dziewictwa nikt jej nie zwróci. Ale słowa to, w samej rzeczy, takie łobuzy, że dziś nikt im już wiary nie da, jeśli każde z nich nie ma przy sobie poświadczenia na piśmie.

 

  • O alkoholikach (Błazen odpowiada na pytanie Oliwii o to, do czego może porównać pijaka):

 

Do błazna, wariata i topielca. Wypije jeden łyk za dużo – robi z siebie błazna, dwa – robi z siebie wariata, trzy – osiąga zupełne dno.

 

  • O sposobie na zdobycie względów kobiety (sir Tobiasz):

Możesz być pewny, nie ma na świecie swatki, która by umiała podnieść wartość mężczyzny w oczach kobiety wymowniej niż to czyni taki dowód waleczności. (chodzi o pojedynek)

 

I jeszcze jeden – autorstwa Malvolia:

 

Ja też mógłbym popaść w melancholię, bo te podwiązki na krzyż hamują krążenie krwi: ale nic to! Jeśli sprawią przyjemność oczom choć jednej pani, będę mógł rzec z równą słusznością, jak pewien sonet: „Spodobaj się jednej – spodobasz się wszystkim”.

 

  • O przyjaciołach i wrogach, a przy okazji o znaczeniu „nie” w ustach kobiet (Błazen):

Miewam się lepiej dzięki wrogom, a gorzej dzięki przyjaciołom. […] Przyjaciele mnie chwalą i robią ze mnie osła; natomiast wrogowie mówią mi otwarcie, żem osioł. Co za tym idzie, dzięki wrogom zyskuję wiedzę o sobie samym, a przyjaciele częstują mnie tylko złudzeniami. To tak, jak przy domaganiu się całusa: jeśli panna powtórzy „nie, nie” – odmowa neguje odmowę i wychodzi z tego przyzwolenie. Na tej samej zasadzie mam się gorzej dzięki przyjaciołom, a lepiej dzięki wrogom.

 

Po co zatem czytać zbiory złotych myśli, poradniki i książki o uwodzeniu, skoro można je tak skutecznie zastąpić lekturą Szekspira? ;)

 

Na koniec – ogromne brawa dla Stanisława Barańczaka – tłumacza tej sztuki. Czytałam wprawdzie peany na jego cześć, ale nie przypuszczałam, że poeta, którego cenię, spisze się tak dobrze w zderzeniu z Szekspirem. Doskonale wydobył komiczny potencjał tej sztuki (vide – gry językowe, które wydawałoby się – są nieprzetłumaczalne). Do tej pory poznawałam twórczość tego dramatopisarza w przekładach Paszkowskiego i Słomczyńskiego – może dlatego niewiele z tej przygody pamiętam? Teraz mam ochotę spojrzeć na Szekspira ponownie – oczami Barańczaka właśnie.

 

 



czwartek, 16 czerwca 2011
"Białe noce" Fiodor Dostojewski

 

Do lektury niewielkiej rozmiarami nowelki z pierwszego okresu twórczości Fiodora Dostojewskiego powróciłem po ponad dwudziestu latach zachęcony pomysłem Padmy na nocne czytanie. Wielkie dzięki. Gdy po raz pierwszy sięgałem po "Białe noce" w wieku szczenięcym bardzo, nie potrafiłem chyba odebrać tej lektury właściwie. Pamiętam jedynie niepokój, który towarzyszył mojemu ówczesnemu czytaniu, i zdziwienie, że w zasadzie nic takiego strasznego się nie wydarzyło. Kiedy czytałem ją teraz powtórnie niepokój nie minął, ale był on już chyba innego rodzaju. Kilkadziesiąt jedynie stron, na których autor opisuje zdarzenia z kilku peterburskich nocy wciągają jednak niezmiennie. Bohaterem nowelki jest młody człowiek tęskniący do świata, ale jednocześnie go unikający. Wieczny marzyciel pragnący również bliskości z innym człowiekiem. Pragnący pewnie i miłości, najlepiej takiej wymarzonej i wymyślonej przez lata spędzone samotnie, jednak niewiele robiący by taką miłość zdobyć. Kiedy już podczas nocnego spaceru poznaje bratnią duszę, nastoletnią dziewczynę wychowywaną jedynie przez nadopiekuńczą niewidomą babcię, okazuje się, że ona wzdycha do kogoś zupełnie innego. Do kogoś, na kogo czekała przez ostatni rok. Ten rok właśnie minął, a ukochany od kilku dni nie wywiązuje się z danej obietnicy i pomimo, że jest już w mieście nie odwiedza jej. Nastusia, bo tak na imię ma dziewczyna, przelewa na naszego bohatera wszystkie swoje rozterki i żale. On natomiast, równie niedoświadczony życiowo, stara się ją pocieszać i wspomagać. Przy okazji jednak zakochuje się w dziewczynie, choć dobrze wie, że jej serce należy do innego. W czasie nocnych spotkań na ławeczce, kiedy to Nastusia próżno wygląda ukochanego, opowiadają sobie nawzajem swoje historie. Obydwie smutne i nienastrajające optymizmem. I kiedy już wydaje się, że ta para petersbuskich outsiderów zostanie na siebie skazana, pojawia się ukochany Nastusi. Dziewczyna żegna naszego bohatera i odchodzi z miłością swojego życia. A on pozostaje ze swoimi marzeniami i samotnością. Najciekawsze dziś wydaje mi się to czego Dostojewski już nie napisał. Czy jego bohater będzie w stanie jeszcze kiedykolwiek spotkać kogoś, czy już zawsze będzie żył tylko wspomnieniami o ławeczkowym romansie. Czy będzie w stanie żyć własnym życiem, czy też na zawsze pozostanie z Nastusią, której obraz będzie w sobie pielęgnował i idealizował przez kolejne lata. I czy w końcu będzie w stanie wyzwoić w sobie chęć życia i spróbuje jeszcze raz wyjść do świata, czy też zamknięty w sobie skończy jako pacjent w szpitalu dla obłąkanych.

"Białe noce" to lektura, która może dziś nieco śmieszyć swoją archaicznością, ale też może zaboleć. Szczególnie w obecnych czasach kiedy niechętnie spogląda się na wszelkiej maści nieprzystosowanych, którzy nie są i nie chcą być cool. Zdecydowanie zachęcam do lektury i przepraszam, że tak późno wywiązuję się z obietnicy, a o powodach opóźnienia piszę tutaj: http://karlluna.blox.pl/2011/06/Zalamanie.html.

 

02:43, karl.luna
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 czerwca 2011
"Nocny burmistrz" Kate Griffin

Powoli nadchodzi czas podsumowania wyzwania, a ja już wiem, że założonych celów nie osiągnę  - czego zresztą od początku się spodziewałam. By choć częściowo "uratować twarz", spisałam, w stylu mocno chaotycznym, swoje wrażenia po lekturze "Nocnego burmistrza" autorstwa Kate Griffin, książki z nurtu "urban fantasy".

Moją recenzję możecie znaleźć tutaj.

wtorek, 07 czerwca 2011
Sona kreutzerowska

Sonata kreutzerowska, Lew Tołstoj, tłumaczenie Maria Leśniewska, Znak 2010



Z przeczytanych ostatnio przeze mnie książek autorstwa Lwa Tołstoja to rozbudowane opowiadanie najmniej mi się podobało, stanowczo, pisarz lepiej się dla mnie sprawdza w formach dłuższych. Akcja toczy się w czasie jednej nocy, w pociągu, pasażerowie nawiązują przypadkową rozmowę, której tematem są kobiety i co za tym idzie małżeństwo, miłość itd. Każdy ochoczo wygłasza własne opinie, gdy do rozmowy wtrąca się przybysz i z rozbrajającą szczerością wyznaje, iż zabił swą żonę. Po tej dość szczególnej konfesji doszło do znacznej konsternacji w towarzystwie i tylko jeden śmiałek pozostał by wysłuchać historii Pozdnyszewa. Wcale im się nie dziwię, gdyby ktoś dosiadł się do mnie w przedziale i zaczął opowiadać jak ukatrupił swą połowicę od razu bym uciekła. I tak bohaterowie "Sonaty Kreutzerowskiej" jadą sobie pociągiem, mrok zapada, świece płoną, a szaleniec odkrywa przed nieznajomym swą duszę.

c.d. SMIETANKA LITERACKA

14:02, bsmietanka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 czerwca 2011
Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu (Counting Sheep.The Sceince and Pleasures of Sleep and Dreams), Paul Martin, MUZA, Warszawa 2011

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu, Paul MArtin

Paul Martin to przyrodnik i biolog, którego polscy czytelnicy zdążyli już polubić za wcześniej wydaną książkę - "Seks, narkotyki i czekolada". "Liczenie baranów" to najnowsza pozycja w ofercie Muzy, a ja sama z początku zbaraniałam na widok 500 stronicowego tomiszcza traktującego o naturze oraz przyjemnościach snu, ale czytanie poszło szybciej niż myślałam i bynajmniej nie zasypiałam nad tekstem.

c.d. Śmietanka Literacka

13:54, bsmietanka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 czerwca 2011
Noc Elie Wiesel

 


 

Niechętnie sięgam po książku o Holocauście, które pisane są z pozycji dziecka. Pewnie też "omijałam" książkę E. Wiesela po części i dlatego, że autor i książka tak znani, że czytać "nie trzeba".

Książka zaczyna się wiosną 1944 roku - do tego czasu węgierscy Żydzi żyli spokojnie. 15-letni autor, wraz z rodziną zostaje wywieziony do Oświęcimia. Matka z siostrą ginie od razu. On i ojciec przeżywają selekcję i idą do obozu pracy.

Siłą tej książki jest sposób w jaki jest napisana. Nie tylko dobrze, ale w dodatku tak, że mimo grozy opisywanych wydarzeń, w miarę spokojnie się to czyta. Sporo bardzo ciekawych obserwacji, mikro - wątków, dających dużo do myślenia.

Co krok można się zadumać nad tym, jak to życiem rządzi przypadek, czy jak trudno podjąć trafną decyzję, gdy nie sposób cokolwiek przewidzieć. Tuż przed rozpoczęciem prześladowań, rodzina Elie Wiesela mogła wyjechać, nie zdecydowała się na to, bo nikt nie dawał wiary jedynemu mieszkańcowi ich miasteczka, który opowiadał o Zagładzie. Z kolei w styczniu 1944 roku autor był w obozowym szpitalu i obawiając się tego, że przed opuszczeniem obozu Niemcy wymordują chorych, zdecydował się na wyjście ze zdrowymi więźniami. Przeżył przez to jeszcze kilka miesięcy gehenny (w tym Buchenwald). Tymczasem dwa dni po ewakuacji więźniów, do Oświęcimia wkroczyli Rosjanie.

O utracie pod wpływem wojennych przeżyć wiary w Boga. Moja babcia mówiła to samo - moje wychowanie religijne polegało na tym, że tłumaczyła mi, że Boga nie ma, bo było Powstanie Warszawskie. Ciekawe czy Elie Wiesel był tak samo skuteczny jak moja Babcia.

Z tym, że nie rozumiem dlaczego jest to jedna z najważniejszych książek o Holocauście. Aż tak dobra ta książka nie jest. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że wspomnienia przegrywają z publicystyką.