Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | Plany | nie | poezja
RSS
niedziela, 30 października 2011
Podsumowanie wwgnika/nika7777

W ramach tego (mojego pierwszego) wyzwania postanowiłam przeczytać następujące książki:

Te, które udało mi się przeczytać i zrecenzjować są podlinkowane, a linki prowadzą do moich recenzji. "Noc i ciemność" niestety okazała się poza moim zasięgiem (polowałam w pobliskiej bibliotece wiele razy), natomiast "Wieczór Trzech Króli" przeczytałam, ale nie zrecenzjowałam. Głównie z braku czasu, ale też i dlatego, że zdecydowanie mniej mi przypadła do gustu, niż "Sen mocy letniej". Poza tym, świetną jej recenzję napisała na tym blogu j.szern, do której ciekawych odsyłam.

Bardzo się cieszę, że wzięłam udział we współpisaniu tego blogu, z przyjemnością czytałam wszystkie wpisy i z pewnością wezmę jeszcze udział w czymś takim w przyszłości. Pozdrawiam wszystkich uczestników i Padmę :)



czwartek, 06 października 2011
Przed zachodem słońca

Tadeusz Konwicki

Przeczytać Zorze wieczorne to jak wybrać się na spacer po lesie* z Konwickim u boku. Dzień zbliża się ku końcowi, las zmienia swoje oblicze – jego twarz staje się tajemnicza, jakby oczekiwał na swoje drugie, nocne życie.

Tak, jak nie ma jednego, właściwego sposobu spacerowania po lesie, tak nie ma jednego, właściwego sposobu czytania tej książki. Można zbadać metodycznie każdą drogę, ścieżkę i ścieżynkę. Można sobie z ich labiryntu wybrać jedną i nią podążać w czasie wędrówki. Można pójść na spacer bezinteresownie, by później wyjść z lasu z naręczem liści, jagód, grzybów. Można pójść by odkryć porządek w chaosie – lub chaos w pozornym porządku. Można odczuć ukojenie lub wręcz przeciwnie – przytłoczenie barwami, odgłosami, wrażeniami.

Stąd można przeczytać tę książkę od deski do deski lub skupić się na tropieniu kręgów tematycznych. Można przeczytać opowiadanie Kilka dni wojny, o której nie wiadomo, czy była . Można skupić się nad refleksjami Konwickiego o warsztacie pisarskim. Można wybrać sobie soczyste i niekiedy złośliwe, złożone bardziej z dotknięć i anegdot - portrety (do wyboru: Portret mężczyzny w kolorowych skarpetkach – Tyrmand, Portret jąkającego się chłopca - Michnik, Portret kobiety w cieniu – Zofia Łuczek czy Portret zbiorowy mojej rodziny – Konwiccy). Można wyruszyć wraz z Konwickim w podróże – do Japonii, Australii, po muzeach. Można obserwować wraz z nim zmienność przyrody za oknem i dziwić się nad stałością i zmiennością świata… Te kręgi wyłaniają się jednak dopiero z czasem – z morza porzuceń i dygresji, odstępstw od tematu, tworzących wrażenie chaosu, który dopiero czytelnik – cierpliwą pracą zaczyna porządkować. Jak w lesie – początkowo widzimy mnogość roślinności rozrzuconej wokół nas – a dopiero później zaczynamy – nazywając drzewa, zwierzęta, rośliny poszycia – odkrywać w tym chaosie porządek i strukturę.

Polecam czytanie niezobowiązujące. Bez przygotowania. Weź tę książkę i się nią baw. Czytaj na wyrywki. Może tam, gdzie Ci się otworzy. Prowadź z nią dialog. Konfrontuj z nią własne myśli. Zaginaj śmiało rogi – bo Konwicki zagnie Cię nie raz, i nie dwa.

Konwicki to rozmówca uroczy, prawdziwy dżentelmen, erudyta i gawędziarz. Nieustannie – pomimo lat i doświadczeń – zdziwiony życiem. Bywa ironiczny. Czy komentuje rzeczywistość za oknem, czy powraca wspomnieniami do przeszłości, czy snuje refleksje na temat literatury – zawsze pozostaje sobą. Ujmuje skromnością.  O sobie mówi, że jest wiecznym debiutantem, który karierę literacką rozpoczyna na nowo – wraz z kolejnymi książkami. Imponująca bibliografia nie daje mu biegłości, bo każdy tekst jest dla niego wyzwaniem.

Konwicki pełni w tej wędrówce przez tekst rolę nie tyle przewodnika, co towarzysza. Pozostawia czytelnikowi większą swobodę niż np. Cortázar w Grze w klasy. Możesz czytać tak, albo tak – wybieraj, mówi Cortázar podając usłużnie ściągawkę z numerami i prowadzi czytelnika przez tekst. Konwicki tego nie robi, bo jego książka nie ma charakteru fabularnego. Można przeczytać ją w całości i nie wynieść z niej nic, poza wrażeniem chaosu. Można przeczytać jej fragmenty i poczuć – że oto, w tym lesie – otworzyły się przed nami nowe perspektywy, nowe horyzonty myśli.

Takie książki pociągają mnie bardziej niż dzienniki, pamiętniki czy biografie. A zwłaszcza biografie – z ich chronologią, próbą przeniknięcia tajemnic, interpretacją, wypełnianiem luk, próbą uporządkowania tego, co wydaje się być nieuporządkowane – życia.

Zorze wieczorne to w kontekście kalendarium twórczości Konwickiego dość przewrotny tytuł. To jeden z ostatnich jego tekstów – przed zamilknięciem, które trwa od połowy lat 90-tych. Konwicki daje w Zorzach… dojść do głosu dojrzałej mądrości. Z uśmiechem mówi o swoim wieku – ale nie natrętnie. O nadchodzącym zachodzie słońca mówi słowami człowieka, który przeżył bogate, piękne życie, bez rozdzierania szat – ale z wewnętrzną uczciwością. Mówi jako człowiek, który popełniał błędy – ale też potrafi się do nich przyznać. Kokietuje odbiorcę swoim wiekiem – ale robi to w sposób uroczy i nienachalny. Pozostawia czytelnikowi delikatne poczucie niedosytu i apetyt na kolejne spotkania.

Przede mną jeszcze niejedna wędrówka z Konwickim, który „zmierza powoli na zachód” – bo poznawszy las Zorzy wieczornych mam ochotę teraz przejść się każdą z odkrytych ścieżek i zbadać uważniej – dokąd jeszcze może mnie zaprowadzić. A później pójdę na kolejny spacer – z innym, młodszym nieco Konwickim, który opowie mi o Kalendarzu i klepsydrze. Bardzo, bardzo dużo  obiecuję sobie po tym spotkaniu ;)   

___

*) Zorze wieczorne to sylwa (łac. silva rerum – las rzeczy), gatunek literacki szczególnie popularny w okresie staropolskim. Charakteryzuje się różnorodnością tematyczną. W sylwach, obok zapisków dotyczących spraw związanych z życiem codziennym, pojawiały się teksty refleksyjne oraz literackie, informacje o losach rodziny, przepisy kulinarne, dowcipy, itp.





niedziela, 02 października 2011
W głębi lasu

tana french

O tym, że niebezpiecznie jest iść ze mną na zakupy do dyskontów przekonują się co jakiś czas kolejni znajomi. Podczas gdy oni przygotowując się do imprezy żeglują w kierunku stoisk procentowych i zakąsek, mnie znosi w kierunku koszów z napisem „tania książka”. To nie jest działanie celowe z mojej strony – nawet w sklepach, których nie znam, jestem w stanie tam trafić bezbłędnie. Podobno mam szósty zmysł – nawet z odległości kilometra wyczuwam książki ;)

W czasie jednej z takich eskapad (po mleko, piwo i zakąski) wyłowiłam z kosza powieść Tany French Zdążyć przed zmrokiem. Nic nie wiedziałam o tej autorce, nie czytałam wcześniej żadnej jej książki – a  do opisów na okładce podchodzę zwykle z nieufnością. Zwłaszcza takich opisów:

Zdążyć przed zmrokiem, inteligentny thriller psychologiczny o niesamowitym, zaskakującym zakończeniu, to rewelacyjny debiut irlandzkiej pisarki i aktorki, absolwentki słynnego Trinity College w Dublinie. Książka Tany French otrzymała najwyższe wyróżnienie przyznawane w tej kategorii literackiej – amerykańską Nagrodę Edgara za najlepszą powieść kryminalną roku 2007.”

Odstrasza mnie zwykle taka ilość takich przymiotników. „Ą” i „ę” – nie raz, i nie dwa się nacięłam na opisach z okładek, które obiecywały złote góry, a ich zawartość bardziej przypominała tombak. Nie wyleczyłam się z naiwności w kontaktach z ludźmi, ale nauczyłam się dystansu wobec entuzjastycznych pochwał wypisywanych na okładkach.

Kiedy nie jestem pewna, czy okładka mnie zachęca czy zniechęca, pozostaje mi zwykle do wykonania ostatni test – test pierwszej strony. Jeśli spodoba mi się styl, melodia zdań, jeśli autor czymś mnie zaintryguje – kupuję książkę i muszę przyznać, że dotąd nie rozczarowałam się jeszcze przy stosowaniu tej metody.

A oto, co znalazłam na pierwszych stronach Zdążyć przed zmrokiem:

Wyobraźcie sobie lato prosto z planu filmowego o dojrzewających nastolatkach w małym miasteczku z lat pięćdziesiątych. Żadną tam irlandzką, subtelną przyprawę, która została zmieszana na użytek podniebienia konesera, żadne niuanse akwarelowe ze szczyptą chmur i delikatnego deszczu, to lato pełną gębą, ekstrawaganckie w gorącym, czystym, jedwabistym błękicie. Eksploduje na języku i smakuje przeżutymi źdźbłami trawy, potem, herbatnikami z masłem, które przecieka przez dziurki, i czerwoną oranżadą ze wstrząśniętej butelki, konsumowanymi w domku na drzewie. Smaga twarz wiatrem podczas jazdy rowerem, jest biedronką maszerującą po ramieniu, z każdym oddechem pakuje do ust zapach skoszonej trawy, wydyma bieliznę wiszącą na sznurach, dzwoni i tryska nawoływaniem ptaków, bzyczeniem pszczół, szelestem liści, dźwiękami uderzeń piłki i monotonnym recytowaniem podczas skakania przez skakankę: Raz! Dwa! Trzy! To lato nigdy się nie skończy. Każdego dnia zaczyna się od melodyjki samochodu z lodami i pukania najlepszego przyjaciela do drzwi, kończy się długo i powoli zapadającym zmierzchem i sylwetką matki, wołającej do domu, gdy nietoperze przenikliwie piszczą wśród czarnych koron drzew. To lato wystrojone i w pełnej krasie.

Wyobraźcie sobie labirynt czyściutkich domków na wzgórzu, zaledwie kilka kilometrów od Dublina. Któregoś dnia, jak zadeklarował rząd, powstaną tu tętniące życiem cuda infrastruktury podmiejskiej, doskonale rozplanowane rozwiązanie, które zaradzi przeludnieniu, wzrastającemu poziomowi biedy i wszelkim bolączkom miejskim, ale teraz to tylko garstka sklonowanych bliźniaków, na tyle jeszcze nowych, że wyglądają olśniewająco i nieporadnie na wzgórzu.

(…) To było dziesięć lat temu, a mętny blask jarzeniówek centrów handlowych i domów kultury przywoływany pod nazwą „infrastruktura" jak dotąd jeszcze się nie zmaterializował (mniej ważni politycy od czasu do czasu grzmieli w parlamencie o podejrzanych interesach z ziemią). Rolnicy nadal wypasali krowy po drugiej stronie drogi, a noc zapalała rzadką konstelację świateł na sąsiednich wzgórzach, za osiedlem, gdzie pewnego dnia na planach pojawi się centrum handlowe oraz zadbany skwer; osiedle zajmuje dwa i pół kilometra kwadratowego ziemi, wokół której rozciąga się od wieków las.

Przenieśmy się bliżej, ruszmy za trójką dzieci, które wdrapują się na cienką przegrodę z cegieł i zaprawy, oddzielającej bliźniaki od lasu. Ich ruchy są doskonałe w niewidoczny sposób, są sprawni i nieskrępowani, niczym lekkie samoloty. Białe tatuaże - błyskawica, gwiazda - połyskują bielą w miejscu, gdzie jeszcze niedawno był plaster, a teraz skórę opala na brązowo słońce. Wiatr rozwiewa blond włosy: stopień, kolano na murze, do góry, przez mur i znika.

Las to jedno wielkie migotanie i szept, i iluzja. Jego cisza jest puentylistycznym spiskiem miliona głosików - szelestów, podmuchów, bezimiennych zduszonych pisków; jego pustka obfituje w tajemne życie, umykający z tupotem cień dostrzegany kątem oka. Uważaj: pszczoły prują do i z gniazd w szczelinach dębu, zatrzymaj się, odwróć pierwszy lepszy kamień, a zobaczysz dziwną larwę, która się wije z irytacją, a tymczasem na nogę wmaszeruje ci sznur pracowitych mrówek. W zrujnowanej wieży, czyjejś porzuconej twierdzy, gdzie między kamieniami są pajęczyny grube jak nadgarstek, o świcie króliki wyprowadzają swoje małe z fundamentów, by bawiły się na prastarych grobach.

Lato należy do trójki dzieci. Znają las jak własną kieszeń, jak mikropejzaże zadrapań na kolanach, wystarczy nałożyć im na oczy opaskę, postawić w zadrzewionej dolinie lub w przesiece, a znajdą drogę do wyjścia, nie myląc ani razu kroku. To ich terytorium i rządzą nim z dzikim i królewskim rozmachem niczym młode zwierzęta, wspinają się po drzewach i bawią w chowanego w dziuplach całymi dniami, i nocami we snach.

Biegną prosto w legendę, w historie na dobranoc i koszmary, których rodzice nigdy nie usłyszą. Na ledwie widocznych, zagubionych ścieżkach, których nigdy byście sami nie znaleźli, koziołkują wzdłuż zrujnowanych murów, ciągną się za nimi nawoływania i sznurówki niczym ogony komet. A kto czeka na brzegu rzeki z dłońmi w wiklinie, czyj śmiech spływa kaskadami z gałęzi wysoko na drzewie, czyją twarz chwytasz kątem oka, twarz ze światła i cienia liści, która znika w mgnieniu oka?

Te dzieci nie urosną ani tego, ani następnego lata. Ten sierpień nie zachęci ich do znalezienia ukrytych rezerw siły i odwagi, gdy staną twarzą w twarz ze złożonością świata dorosłych i odejdą smutniejsze i mądrzejsze, i naznaczone na całe życie, to lato ma wobec nich inne plany.


Uwiodły mnie pierwsze strony Zdążyć przed zmrokiem. Melodią zdań, bogactwem środków artystycznych, atmosferą…

Tana French ma bowiem swój własny i unikalny styl. Bywa poetycka. Klarowna. Potrafi błysnąć dyskretnym i ironicznym humorem, który nie wywołuje gromkiego śmiechu – raczej dyskretny uśmiech porozumienia. Jej proza jest inteligentna i wymagająca. Gdybym miała poszukać jakiś literackich skojarzeń (a warto pamiętać, że te bywają zwodnicze i absolutnie subiektywne), umieściłabym jej prozę gdzieś pomiędzy Laurą Lippman a Dorothy Uhnak i jej doskonałym Śledztwem.

Zagadka kryminalna w powieści French nie jest najistotniejsza – jakkolwiek skonstruowano ją według najlepszych reguł gatunku (jest mylenie tropów, jest zaskakujący finał). Powiedziałabym, że jest wręcz drugorzędna. Na plan pierwszy wysuwa się bowiem w tym przypadku przyjemność obcowania z doskonałym językiem oraz wielowymiarowymi bohaterami. French potrafi ukazać ich w wielu lustrach – nie upraszcza, pozostawia w nich niedopowiedzenia, nie próbuje tłumaczyć i czynić na siłę sympatycznymi. Analiza psychologiczna prowadzona jest pomiędzy słowami, nienatrętnie, a poddawani jej bohaterowie budzą to irytację, to zrozumienie.

W głębi lasu, w którym w dzieciństwie zagubił się ze swoimi przyjaciółmi Rob Ryan, główny bohater powieści, tkwią wspomnienia z przeszłości i klucz do psychiki bohatera. Szukam wraz z nim odpowiedzi, wsiadam do kapsuły czasu i zupełnie niespodziewanie zaczynam podróżować po moim własnym dzieciństwie. Przypominają mi się smaki, zapachy, miejsca, ludzie – towarzysze zabaw, dla których zabrakło dziś miejsca w moim życiu i na próżno ich szukać na listach moich znajomych na portalach społecznościowych, ale – co za niespodzianka – okazuje się, że nadal (często wbrew mnie) zajmują ważne miejsce w moich wspomnieniach. Moje straty nie były tak wyraźne, jak ta, której doznał w dzieciństwie Ryan – rozdźwięk następował powoli i niezauważalnie - coraz mniej czasu, coraz mniej wspólnych tematów i doświadczeń, a później przestawaliśmy nawet poznawać się na ulicy. Czy jednak przez to mniej bolesne? Właściwie nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego z taką łatwością pozwalałam ludziom znikać z mojego życia – aż do tej książki…

Tej powieści nie połyka się w ciągu dwóch dni. Czytałam ją powoli, spokojnie, smakując każde zdanie, ciesząc się przyjemną objętością ponad pięciuset stron. Żaden z komplementów na okładce nie jest przesadzony. Każda z nagród, którą French otrzymała za tę powieść, jest jak najbardziej zasłużona. I – ponieważ ta powieść zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie – trudno mi o niej pisać, bo boję się popadnięcia w banał i tanią analizę. Odbierałam ją bardziej intuicyjnie i w związku z tym nie do końca jeszcze (mimo że minęło kilka miesięcy od jej przeczytania) potrafię nazwać wszystkie wrażenia i przemyślenia, do których mnie skłoniła. A może po prostu nie chcę niektórych nazwać? Ta książka użądliła mnie mocniej, niż się spodziewałam… To miał być tylko kolejny kryminał…

 

***

Lubię kończyć zaczęte wyzwania - udało mi się póki co przeczytać wszystkie zamierzone książki i kilka nieplanowanych :) Gorzej było z ich zrecenzowaniem w przewidzianym terminie. Mimo to - nawet po czasie - postaram się nadrobić braki.