Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | Plany | nie | poezja
RSS
niedziela, 29 maja 2011
„Po zmierzchu” – Haruki Murakami

Po Zmierzhcu

„Po zmierzchu” opisuje jedną noc dziejącą się w Tokio. Na początku poznajemy Mari, dziewczynę czytającą książkę w jednej z całodobowych restauracji i pewnego chłopaka, który ma przerwę całonocnej próbie zespołu muzycznego i który ją zagaduje, prostytutkę obitą w lovehotelu, siostrę Mari, która pewnego dnia oznajmiła, że teraz pośpi i śpi… już parę tygodni. Poznajemy też tajemniczego Mężczyznę bez Twarzy. Między nimi jeszcze kilka innych osób. Niby nic ich nie łączy, ale podczas tej nocy coś ich połączy. Szereg różnych zdarzeń doprowadzi do ich udziału w nich świadomie lub mniej świadomie.

 

Na całość recenzji zapraszam do mnie: http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/2011/05/po-zmierzchu-haruki-murakami.html

czwartek, 19 maja 2011
Dziwny przypadek psa nocną porą - Mark Haddon

Kolejna przeczytana w ramach tego wyzwania książka to:

Książka pomyłka.

Język, intryga i prawdopodobieństwo opisywanych wydarzeń - jak w książkach dla dzieci. Z kolei pomysł na książkę, czyli przedstawienie opisywanych wydarzeń z punktu widzenia dziecka z zespołem Aspergera - zaciekawi tylko dorosłych. A przetkanie książki rozważaniami matematycznymi, sprawia, że ta część ksiażki jest zrozumiała co najwyżej dla kilku procent populacji.

Ktoś zabił widłami psa sąsiadki cierpiącego na zespół Aspergera 15-letniego Christophera. Chłopiec postanawia przeprowadzić w tej sprawie dochodzenie, wzorując się na swoim ulubionym bohaterze Sherlocku Holmsie. Sprawę udaje mu się wyjaśnić, tyle że przy okazji wyjaśnia jeszcze innych wiele spraw, o których nie miał pojęcia, albo w których dawał się, niczego nie podejrzewając, okłamywać.

To co jest ciekawe w tej książce, to przedstawienie sposobu myślenia i postrzegania świata osoby chorej na tą lekką postać autyzmu. I jeżeli kogoś to interesuje, to dla tych fragmentów warto tę książkę przeczytać.

Do refleksji skłania też to, jak mocno dorośli krzywdzą dzieci poplątaniem swoich emocjonalnych związków, tyle że mało to odkrywcze i akurat w tym punkcie reakcje Christophera są typowe i mało "autystyczne".

środa, 11 maja 2011
Marzyciel

Dostojewski

Czytałam Zbrodnię i karę Dostojewskiego kilkukrotnie – zawsze z przyjemnością świadczącą chyba o masochizmie i naturalistycznych gustach. Kontynuacja zaznajamiania się z dorobkiem tego uznanego pisarza rosyjskiego nie była jednak usłana różami. Przy Biesach zasnęłam. Braćmi Karamazow trzasnęłam o ścianę (huk był straszliwy i posypały się złote gwiazdy, bo to zacnej objętości książka była, w dodatku w „wypasionych” skórzanych okładkach). Kiedy do „nocnego” wyzwania wybrałam opowiadanie Białe noce miało ono stanowić formę przeprosin z twórczością Dostojewskiego. Przeczytałam. Pomedytowałam. Wnioski poniżej.

***

Bohaterem Białych nocy jest dwudziestosześcioletni młodzieniec, który sam siebie określa mianem marzyciela. Jego imienia nie poznajemy – albo – co bardziej pewne – umknęło mi w zawiłości zdań, wykrzykników i wielokropków. Spotykamy go podczas jednej z wielu peregrynacji po Petersburgu i jego okolicach, kiedy ratuje z opresji młodą, piękną (a jakże) i zapłakaną damę. Ciąg dalszy – przewidywalny, chyba, że ktoś pałał wyjątkowym wstrętem do romantyzmu i nie przyswoił sobie podstawowych schematów charakterystycznych dla fabuł z tej epoki.

Młoda dama – siedemnastoletnia Nasteńka (ech, te zdrobnienia – przekleństwo tekstu) decyduje się kontynuować znajomość ze swym wybawicielem, ale pod dość wszakże oryginalnym warunkiem – nasz marzyciel nie może pod żadnym pozorem się w niej zakochać. Kilka spotkań owocuje poznaniem historii młodych ludzi. On - odsłania przed nią tajemnice świata marzeń, w którym egzystuje pełniej niż w otaczającej go rzeczywistości, ona – odwzajemnia mu się opowieścią o ślepej babce, która przypina ją do sukni agrafką (oryginalny sposób na dbanie o cnotę niewiast, nieprawdaż?) i historią swojej niespełnionej miłości do lokatora ich małego mieszkania, który wyjechał na rok z Petersburga – ale miał wrócić w tym dniu, w którym nastąpiło spotkanie naszej dwójki bohaterów. Marzyciel decyduje się być pośrednikiem pomiędzy zakochanymi i ciągu dalszego możemy się domyślić. Happy end – ale nie do końca taki, jakiego pragnęliby czytelnicy. On – ze złamanym sercem i światem w okruszkach, ona – szczęśliwa, nadal zakochana (w tamtym) i licząca na jego (marzyciela) przyjaźń.

Marzyciela z opowiadania Dostojewskiego wiele łączy z Werterem. Jest młody i cierpi, jakby z przekąsem stwierdziła moja koleżanka. Jest wrażliwy na piękno (m. in. przyrody), obdarzony czułym sercem i wrażliwością. Samotny, wyobcowany ze świata, nie potrafi zdobyć, ani utrzymać przy sobie przyjaciół. Odczuwa ból istnienia. Indywidualista, odrzucający konwenanse. Bunt przeciw otaczającej go rzeczywistości wyraża poprzez wyłączenie się z niej. Ma świadomość, że jego ideały nie są możliwe do zrealizowania – stąd wybiera życie w świecie marzeń. Życie wśród bohaterów książek i oper – jest jego zdaniem – pełniejsze i bogatsze, ale zarazem przesycone tęsknotą i poczuciem niespełnienia. Kocha wyidealizowane i nieistniejące kobiety. Modli się do nich. Dokonuje swoistej apoteozy tego uczucia – z góry skazanego na klęskę – bo przecież jego ideał nie może przybrać ludzkich kształtów.

 Spotkanie z Nasteńką jest momentem, w którym dwie płaszczyzny – rzeczywistości i świata marzeń przecinają się ze sobą na chwilę. Symbolem tego wzajemnego przenikania się tych perspektyw mogą być tytułowe białe noce. To czas, kiedy słońce – pomimo, że znika z horyzontu – jest na tyle blisko, że nie zapada nad Petersburgiem absolutna ciemność. Noc i dzień przenikają się, tak jak na chwilę – w czasie jednej z nich – marzenia bohatera opowiadania Dostojewskiego wydają się stawać rzeczywistością.

Ale ta konfrontacja marzeń i rzeczywistości jest bolesna. Za chwilę spełnienia marzyciel płaci wysoką cenę. Nie tak wysoką, jak Werter, który – jak pamiętamy - popełnił – wyreżyserowane samobójstwo. Marzyciel – pozornie - powinien podążyć jego drogą.

 Nasteńka odeszła z odzyskanym ukochanym – marzyciel powrócił do swego dawnego świata przypominającego rozbite lustro, które ktoś, niewprawną ręką, próbował posklejać. Nic nie będzie już takie jak dawniej. Iluzoryczność marzeń odsłania się przed nim w całej swej pełni. Jednak on – dokonując w świetle poranka podsumowania tej konfrontacji – uważa, że było warto. Nawet jeśli spełnienie trwało tyle, ile zajmuje dziecku podniesienie kamienia i rzucenie nim w taflę lustra.

Dostojewski pozostawia nas jednak z mnóstwem pytań. Nie zostają zadane wprost – jednak brzęczą w głowie jak natrętne muchy w upalne lipcowe południe. Czy marzyciel odnowi znajomość z Nasteńką? Czy popełni samobójstwo po miesiącach funkcjonowania w niszczącym go „trójkącie”? A może jednak uda mu się odbudować własny, wewnętrzny świat? Dostojewski niczego nie przesądza i pozwala nam samodzielnie dopisać dalszy ciąg historii petersburskiego Wertera.

***

Siłą rozpędu przeczytałam drugie opowiadanie w zbiorze – Łagodną, którego tytuł bywa też tłumaczony jako Potulna. W przedmowie „Do czytelnika” Dostojewski zapowiada treść utworu:

Proszę sobie wyobrazić męża, którego żona leży na stole martwa: przed kilkoma godzinami popełniła samobójstwo, rzuciwszy się z okna. Jest wzburzony i jeszcze nie zdążył zebrać myśli. Chodzi po pokojach i usiłuje zdać sobie sprawę z tego, co zaszło, „uporządkować swe myśli”. Dodajmy, że jest to zagorzały hipochondryk z gatunku tych, co sami ze sobą rozmawiają. Oto właśnie mówi sam do siebie, referuje sprawę, wyjaśnia ją sobie. Mimo pozornej ciągłości tej relacji, niejednokrotnie przeczy sobie – zarówno logicznie, jak uczuciowo. To usprawiedliwia siebie, to oskarża ją i wdaje się w uboczne rozważania: mamy tu i wulgarność myśli, i serca, i głębię uczucia.

Pomimo, iż Dostojewski przez tę przedmowę odsłania przed nami treść opowiadania – nadal tkwi w nim tajemnica. Dlaczego kobieta popełniła samobójstwo? Na ile prawdziwa jest relacja o ich małżeństwie opowiedziana w stanie najwyższego wzburzenia przez jej męża? Jaką tajemnicę odkryć chce przed nami Dostojewski – odkrywając tak wiele z treści tekstu?

Śmierć samobójcza – zwłaszcza, jeśli przytrafia się w najmniej spodziewanym momencie – zawsze dotyka najbliższych. Rodzi pytania – choćby mimowolne – czy to moja wina? Czy to ja się do tego czynu przyczyniłem/przyczyniłam? Mąż skonfrontowany z zagadką śmierci ukochanej próbuje rozwikłać tę tajemnicę. Z jego monologu wyłania się przerażający, ale i zarazem fascynujący, obraz przemocy domowej – piekła zgotowanego ukochanej osobie w imię miłości i pragnienia urzeczywistnienia swoich fantazji. I ten bohater określa sam siebie mianem marzyciela – jak różne jednak w skutkach są marzenia, które nosi on w sercu do tych, które skrywa bohater Białych nocy. A zarazem – jak podobne w treści…

W tych kilka godzin, które obejmuje akcja opowiadania, bohater staje przed najbardziej surowym i bezwzględnym z ziemskich trybunałów – przed własnym sumieniem. Analizując historię swojego małżeństwa jest dla siebie jednocześnie i oskarżycielem, i obrońcą, i sędzią. Gdy z potoku słów – nieznacznie wygładzonych przez Dostojewskiego –  morza samooskarżeń, usprawiedliwień, gorących zapewnień, pytań, na które już nie można odnaleźć odpowiedzi, padają wreszcie z ust bohatera słowa: Zadręczyłem ją – oto prawda! – możemy odnieść triumfalne wrażenie, że oto dokonuje się w jego życiu przełom. Że wydostaje się ze sztywnej skorupy egoizmu i tyranii, przezwycięża potrzebę kontroli i podporządkowania, że odrzuca kompleksy, które zdeterminowały jego los. Czy aby jednak na pewno? Ostatnie słowa, wypowiedziane przez niego – na chwilę przed tym, gdy zapadnie kurtyna i zgasną światła, każą nam jednak o tym powątpiewać…

***

Forma… Nie jestem w stanie ocenić jakości przekładu – moja przygoda z językiem rosyjskim zakończyła się - niestety – po szkole podstawowej. Przesycony patosem i uczuciami język Białych nocy harmonizuje z treścią utworu – emocje grają w nim na najwyższej strunie. I w sumie to mi w tym opowiadaniu przeszkadzało. Nawet Broniewski jako tłumacz nie był w stanie mi tego osłodzić…

Natomiast Łagodna to mistrzostwo formy. Dostojewski świetnie uchwycił emocje człowieka stojącego na skraju przepaści i dokonującego rozrachunku ze swoim życiem i małżeństwem. Mocna, soczysta, druzgocząca proza. Świetny tekst dla aktora, który szuka materiału do monodramu. Chciałabym zobaczyć to na scenie.

***

Na koniec kwestia, która po przeczytaniu tych opowiadań nie daje mi spokoju…

Doborem tekstów w zbiorach opowiadań rządzi zwykle jakaś logika (piszę „zwykle” – bo niekiedy doprawdy trudno mi ją dostrzec w niektórych antologiach). Taki wybór może stanowić zapis tego, co najlepsze w twórczości danego autora – swoistą reprezentatywną próbkę geniuszu, przynętę – zachętę do dalszych poszukiwań. Może mieć on również ambicję ukazania rozwoju warsztatu pisarza albo przemian, jakie zachodzą w tematyce jego tekstów.  Może wreszcie być pewnego rodzaju zapisem stanu świadomości autora – na danym etapie jego literackiej kariery.

W związku z tym nasuwa mi się pytanie – dlaczego redaktorzy postanowili zestawić ze sobą te dwa opowiadania? Białe noce i Łagodną. Jakie nowe horyzonty mogą odsłonić się przed czytelnikiem jeśli zderzy ze sobą te dwa teksty? Jeśli przeczyta jeden przez pryzmat drugiego i odwrotnie?

Mam kilka przemyśleń, które stanowią mój prywatny zapis z eksperymentu, jakim było zderzenie ze sobą tych opowiadań. Ale kwestię tę chcę pozostawić otwartą – bez narzucania mojej perspektywy – jako pewnego rodzaju zaproszenie do refleksji dla każdego potencjalnego odbiorcy tego tomu.



środa, 27 kwietnia 2011
"Ostatnia noc jej życia" Maureen Jennings

Już sama dobrze nie pamiętam kiedy, rok, a być może nawet i dwa lata temu, stacja ale kino! zaprezentowała trzy filmy, a następnie cały serial o detektywie w wiktoriańskim Toronto, który poza tym że był katolikiem, a na miejsce zbrodni dojeżdżał rowerem, stosował nowatorskie techniki śledcze takie, jak odcisków palców. Zainteresował mnie niesamowicie ten detektyw, postać ciekawa, pełna gracji, z otwartym umysłem. Filmy podobały mi się nieco bardziej, miały mroczniejszy klimat, ale i serial oglądałam z dużą przyjemnością (zdaje się, że powstaje obecnie kolejna seria). Myślałam wtedy, że chciałabym przeczytać książki, na podstawie których stworzono serial. I proszę bardzo, teraz mam okazję się z nimi zapoznać. Cuda się jednak zdarzają.

Pewnej zimowej, śnieżnej nocy, zostaje znalezione przez konstabla nagie ciało młodej dziewczyny. Do rozwiązania sprawy zostaje skierowany młody detektyw, William Murdoch. Wszystko wskazuje na to, że dziewczyna była porządną młodą kobietą, skąd zatem jej ciało znalazło się na ulicy?

Oryginalna nie będę: książka mi się podobała tak, jak większości z blogowiczów, których recenzje czytałam. Dlaczego mi się podobało? Może dlatego, że lubię klasyczne kryminały. Może dlatego, że przepadam za wiekiem XIX. Tak czy siak, lektura Ostatniej nocy jej życia przyniosła mi wiele przyjemności. Czyta się ją szybko, bo sprawnie jest napisana, choć akcja nie goni akcji, zagadka natomiast mimo, że nie jest jakoś bardzo oryginalna, ciekawi. W dodatku Jennings przedstawia nam w swojej książce różne światy wiktoriańskiego Toronto. I biednych chłopców-gazeciarzy, i prostytutki, i służących, i lekarzy, i dżentelmenów.
O co mogę mieć pretensje, to że nie ma w niej aż tylu szczegółów z życia XIX wiecznego Toronto. Dla mnie mogłoby być w tej książce więcej opisów ulic, ludzi, więcej smaczków z tego okresu. Ale w końcu jest to kryminał, nie powieść historyczna. I jak dla mnie było jeszcze za mało tego Murdocha, którego znam z serialu i filmów, głównie za mało było nauki i stosowania nowinek technicznych. Ale może z czasem to się zmieni. Czekam także z niecierpliwością na pojawienie się nowych bohaterów.

wtorek, 19 kwietnia 2011
"Noc w bibliotece" A. Christie

 

Królowej kryminału chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest nią bezapelacyjnie od dawna Agatha Christie. Wszystkie jej powieści zawsze są świetną lekturą. Intryga jest przemyślana, pełna zagadek, podejrzanych zawsze kilku, a detektyw prowadzący sprawę zazwyczaj na długo przed końcem książki wie, kto jest przestępcą. Czytelnik jest najczęściej tak zagmatwany, że z rozwiązaniem zagadki jest daleko w tyle. Oto chyba głównie chodzi w kryminałach, by próbować, kombinować, rozmyślać, chcieć wytropić sprawcę, ale jednak zawsze na koniec być zaskoczonym. Tego w kryminałach Christie możemy się zawsze spodziewać.

Pewnego ranka w bibliotece pułkownika Bantry’ego służąca znalazła ciało młodej dziewczyny. Nikt z mieszkańców rezydencji nie przyznaje się, by kiedykolwiek widział ofiarę na oczy. Wiadomość roznosi się po okolicy, fakty stawiają pułkownika w bardzo negatywnym świetle. Przecież nie jest już młodym mężczyzną, ma żonę, ustabilizowaną pozycję społeczną, a tu taka wpadka. Sprawy nie poprawia wiadomość o tożsamości dziewczyny. Do akcji wkracza policja, ale także panna Marple, którą sprowadziła żona Bantry’ego. W czasie śledztwa wychodzi na światło dzienne coraz więcej informacji związanych z denatką. Tym samym rośnie krąg podejrzanych, jednak większość z nich ma pewne alibi. Policja jest w kropce, panna Marple także nie znajduje punktu zaczepienia. Jednak podczas pewnej rozmowy trafia na ślad, który doprowadzi ją do mordercy…. Bo czasem ważniejsza jest umiejętność słuchania i kojarzenia faktów niż wszystkie policyjne procedury.

 

Całość recenzji TUTAJ.

niedziela, 10 kwietnia 2011
Pod gwiazdami smoka, Maureen Jennings

Oficynka, 2011

Liczba stron: 267

Druga część serii o Detektywie Murdochu potwierdza moją dobrą opinię o książkach Maureen Jennings. "Pod gwiazdami smoka" ponownie przenosi nas do Toronto końcówki dziewiętnastego wieku. Tym razem akcja powieści obejmuje miesiące letnie. Niezmiennie jednak pokazuje życie mieszkańców Toronto wywodzących się z klasy najuboższej, średniej (przede wszystkim policjantów) oraz ludzi zamożnych, otoczonych służbą.

W zapuszczonym domu zostają znalezione zwłoki starszej kobiety - Dolly Shaw. W pierwszej chwili Murdoch podejrzewa nieszczęśliwy wypadek, kobieta w chwili śmierci była pijana. Sekcja przeprowadzona przez doktor Ogden, jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły wydział lekarski na uniwersytecie, wskazuje uduszenie jako przyczynę śmierci Dolly.

Ciąg dalszy na Agaczyta

piątek, 08 kwietnia 2011
Dag Solstad – Noc profesora Andersena

Dziwna książka.

Na pewno nie jest kryminałem, a tego można się spodziewać po przeczytaniu informacji na okładce:

Pål Andersen, pięćdziesięciopięcioletni profesor literatury i zdeklarowany ateista, spędza samotnie Wigilię w swoim mieszkaniu w Oslo (…) Obserwując przez okno budynek naprzeciwko, staje się przypadkowym świadkiem morderstwa: na jego oczach młoda, nieznana mu kobieta zostaje uduszona przez obcego mężczyznę. Profesor Andersen w pierwszym odruchu sięga po telefon, żeby zadzwonić na policję. Z powodów, które nie do końca sobie uświadamia, czuje jednak, że nie może tego zrobić i odkłada słuchawkę. Zamiast zgłosić zajście, zaczyna potajemnie obserwować mordercę.

To, że ta opowieść zaczyna się w wigilijny wieczór też jest bez znaczenia dla dalszych wydarzeń (chociaż można na tę książkę spojrzeć też i jak na współczesną, posępną wersję opowieści wigilijnej). Podobnie jak w tamtych opowieściach, ludzie są przeraźliwie samotni, tyle że świat w którym żyją jest taki, że się przeciw temu ani nie buntują, ani też nie szukają ciepła, czy bliskości.

Pål Andersen, po tym, jak nie zawiadomił policji, powoli oddala się od tych nielicznych ludzi, z którymi utrzymuje towarzyskie kontakty. Doskonale sobie zdaje sprawę z tego co zrobił. Niezrozumiałe jest dla niego, to dlaczego. Jeszcze większa zagadką jest to, że czas gdy można było to jeszcze "naprawić", spędził na rozważaniu, co powstrzymuje go od działania. Dyskutuje sam ze sobą, rozważa za i przeciw. Zastanawia się nad sobą, swoim pokoleniem, które po buntowniczej młodości, wygodnie urządzone wiedzie po części próżniacze życie. Niektóre z jego przemyśleń są nawet ciekawe. A że książka cienka, to nie zdążą znudzić.

To co ma ta książka wspólnego z kryminałem, to że równie szybko jak się ją czyta, chwilę później "wyparowuje" z głowy.

niedziela, 03 kwietnia 2011
Ze śmiercią mu do twarzy

S. Hamilton

Kolejna odsłona przygód prywatnego detektywa Alexa McKnighta nie przynosi wielu niespodzianek. O pierwszych wrażeniach związanych ze spotkaniem z tą postacią pisałam tu. Dałam sobie ponad miesiąc oddechu zanim przystąpiłam do lektury kontynuacji.

Alex McKnight nadal mieszka w Raju. Nadeszła zima, spadł śnieg (nic nowego na tej szerokości geograficznej) -  zamarźnięte jeziora, irytujący miłośnicy skuterów, zaspy po pas, konieczność ciągłego odśnieżania, a jak utkniesz gdzieś samochodem w czasie zadymki, to masz szansę poczekać do wiosny. Skąd my to znamy? :)

Alex chce zrezygnować z pracy prywatnego detektywa. Niestety - nemesis pod postacią klientki - pięknej (jakże by inaczej...) Indianki - która prosi go o pomoc a następnie znika z jednej z jego chat - upomina się o niego. Od tej pory rozpoczyna się nowa gra - i choć Alex marzy z całego serca o zaciszu domu, cieple kominka i łyku kanadyjskiego piwa - jego nieuleczalna chęć pomocy bliźniemu i talent do wpadania w kolejne kłopoty są silniejsze od jego fantazji.

Alex McKnight... W drugim tomie przygód odsłania się przed czytelnikiem w całej okazałości pierdołowatość tej postaci. Przepraszam, ale Alex McKnight to według mnie (parafrazując A. Pereza - Reverte*) pizduś-plastuś z przekroczonym terminem ważności. Nie wiem skąd się biorą tacy mężczyźni? Rodzą się? Są produktem naszego społeczeństwa? Brak mi palców na obu rękach, żeby policzyć sytuacje narażenia na życie, w które ten pierdoła się pakuje i z których (cud!) wychodzi bez szwanku albo lekko poobijany. Do tej pory myślałam, że taka "karma" to domena kobiet-agentek, detektywów rodem z powieści Alex Kavy albo Tess Gerritsen. Myliłam się.

Alex to życiowy nieudacznik, który zamiast zakochać się w kobiecie z silnym instynktem macierzyńskim, która by mu zawiązała śliniaczek pod brodą i nakarmiła kaszką, podała piwo i kapcie, otacza się kobietami fatalnymi, modliszkami, które tylko przyprawiają go o palpitacje serca i nieustanne problemy.

McKnight jest jak dziecko we mgle. Bije głową w mur, daje się obijać i uśmiecha się przy tym bezbronnie - "no co ja na to poradzę, że taki ze mnie facet z kompleksem bohatera?". Tak, tak - uśmiecha się - bo (na szczęście!) nie jest pozbawiony specyficznego poczucia humoru i pewnej dawki autoironii. Ma świadomość swoich ograniczeń i śmiesznostek, co jednak zupełnie nie przekłada się na jego postępowanie.

Trafną charakterystykę McKnighta prezentuje jeden z bohaterów powieści:

"(...) Myślałem, że cię rozgryzłem. Byłeś do niczego jako bejsbolista. Nie sprawdziłeś się jako gliniarz. Jesteś załamanym, samotnym, żałosnym facetem, więc rekompensujesz to sobie, zachowując się jak twardziel i na wszystkich drąc mordę. Dotąd rozumiem. (...) Wiem, że nie jesteś w połowie tak sprytny, jak ci się wydaje. Tylko nigdy nie przypuszczałem, że jesteś tak cholernie głupi."

Nic dodać, nic ująć.

Na szczęście obok naszego bohatera mimo woli pojawiają się inne postaci. Cieszę się, że Hamilton postanowił rozwinąć wątek Mavena i Prudella.

Maven to szeryf "jak z obrazka" ;) Wyobrażam go sobie jako zwalistego tłuściocha o twarzy wytytłanej w hamburgerze nad wielkim kuflem spienionego piwa. I wyglądem, i mentalnością bardziej przypomina mi kierowcę ciężarówki, ale najwyraźniej amerykańska prowincja potrzebuje takiego stróża. To postać nakreślona grubą kreską. Alex i Maven są typowymi "frienemies". Ciekawa jestem jak ich relacje będą się układać w dalszym ciągu cyklu i czy przypadkiem w siódmej części nie stukną się - zamiast głowami - butelkami kanadyjskiego piwa ;)

Kim byłby detektyw bez partnera? Sherlock Holmes ma u swego boku nieodłącznego Watsona, poczynaniom Poirota towarzyszy Arthur Hastings. Alex McKnight ma Leona Prudella. Pełnego entuzjazmu, niespożytej energii, pieszczącego pragnienie bycia detektywem - zwyczajnego faceta, który stara się zrealizować swoje największe marzenie. McKnight traktuje go z pewną pobłażliwością, jak psiaka, który nieustannie podaje patyk właścicielowi i nachalnie zachęca go do zabawy. Prudell ma inne cechy psa - jest wierny, jest lojalny i w pełni oddany.  Jego znajomość z McKnightem zaczęła się od bójki - w drugim tomie ponownie nawiązują współpracę, ale na nieco innych zasadach. Mam nadzieję, że Hamilton będzie rozwijał wątek tej postaci i że nie uśmierci jej głupio np. w czwartej części. Fajtłapowaty, ale tylko z pozoru Prudell - obok Mavena - stanowi doskonały kontrast dla mamałygowatego Alexa.

Hamilton w swojej powieści po raz kolejny stara się udowodnić, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Przyjaciele kryją sekrety i nie zawsze działają na naszą korzyść. Wrogowie nie zawsze są tacy straszni, jak ich sobie wymalowaliśmy. A prowincjonalne i sielskie miasteczko kryje w sobie potencjał kryminalny, który zaprzecza sielskiej wizi rodem z pocztówek bożonarodzeniowych.

Zbrodnia i prowincja. Zauważyliście, jak często współcześni autorzy osadzają akcję swoich kryminałów w miejscach zapomnianych przez Boga i ludzi? Małe wsie, niewielkie miasteczka - które można przejsć spacerem wzdłuż i wszerz w ciągu godziny? Mankell, Lackberg, Link, Grimes, Schenkell, nieśmiertelna Agatha Christie z upodobaniem umieszczają morderstwa, kradzieże, gwałty, przekręty w scenerii prowincji. Scenerii, która wydawało się, że powinna być azylem bezpieczeństwa i miejscem ucieczki przed światem. Fascynuje mnie ten potencjał kryminalny małych miejscowości - fascynuje, ale zarazem budzi niedowierzanie. Pochodzę z małej wsi i zapewniam, że poza okazjonalnymi kradzieżami, pobiciami, sporadycznie - samobójstwami, nie zdarzają się fascynujący psychopaci i dziwaczne zbrodnie. Ale - ostatecznie - natura ludzka ujawnia swoje mroczne zakamarki nie tylko w wielkimch miastach. W wielkich miastach po prostu występują one na wiekszą skalę. I przynajmniej teoretycznie - wieksza jest też szansa na ukrycie występków, zagubienie się w anonimowym tłumie.

Nadal nie rozumiem, dlaczego Hamilton został tak szczodrze obyspany nagrodami i dlaczego na okładce nie pojawi się jakaś stosowniejsza zapowiedź treści. Ale - czuję się przed tym wyznaniem jak kobieta oglądająca siłą rozpędu 4523 odcinek "Mody na sukces" - sięgnę po kontynuację przygód McKnigta. Z ciekawości doprawionej nutką masochizmu (mężczyźni tacy jak McKnight działają na mnie jak płachta na byka). Jestem ciekawa, jak i czy będzie zmieniała się postać głównego bohatera. Jestem ciekawa kiedy i czy w ogóle McKnight wybierze się na polownie - zwłaszcza, że autor w "Zimie pełni księżyca" dodatkowo buduje napięcie z tym faktem związane. Wreszcie - jestem ciekawa, czy seria obroni się jako całokształt. (Wcale nie jestem tak cyniczna, jak mogę się wydawać - w przypadku książek Hamiltona odkrywam w sobie niewyczerpane pokłady optymizmu ;)). Jestem ciekawa, a ciekawość to podobno pierwszy stopień do piekła. Oby nie było to piekło czytelników.

Powyższa deklaracja nie zmienia jednak faktu, że z zakupem kolejnej części wstrzymam się dopóki nie natrafię na naprawdę fantastyczną promocję ;)

 

 

*) Zainteresowanym sądami Pereza-Reverte na temat współczesnych kobiet i współczesnych meżczyzn oraz innych tematów polecam zbiór jego felietonów "Życie jak w Madrycie"... Mądre, ironiczne, prześmiewcze, prawdziwe. Niewielu znam autorów, którzy potrafią posługiwać się wulgaryzmami tak stosownie i z wyczuciem jak ten hiszpański pisarz. Jeden z moich ulubionych autorów :)

piątek, 01 kwietnia 2011
"Duchy w polskich zabytkach" J. Sobczak

Swój pierwszy wpis w nocnym wyzwaniu poświęcam duchom. One bardzo mocno kojarzą mi się z nocą :)

Od zawsze fascynowały mnie ruiny zamków i różnych budowli. Tym bardziej te, które posiadały własnego ducha czy inną zjawę. Z ciekawością słucham historii o tajemniczych miejscach i zjawiskach. Zebrałam już kilka pozycji książkowych na ten temat. Oczywiście w moim zbiorze nie mogło zabraknąć wspaniale wydanej książki Jerzego Sobczaka „Duchy w polskich zabytkach”.

Autor przybliża nam w 62 rozdziałach nawiedzane polskie zabytki. Opisuje nie tylko 54 zamki, ale także 7 pałaców, 1 dwór, 2 kościoły i 3 klasztory. W każdym rozdziale podaje takie informacje jak historię zabytku, jego właścicieli, wymienia znanych mieszkańców oraz oczywiście przedstawia nam ducha, który nawiedza dane miejsce. Przytacza także fragmenty relacji świadków, którzy widzieli zjawy. Dodaje to historiom wiarygodności i uprzyjemnia lekturę. Kolejny raz odświeżyłam sobie legendy znanych mi zamków, ale także poznałam nowe. Całość uzupełniona jest pięknymi fotografiami oraz starymi ilustracjami ukazującymi zarówno stronę zewnętrzną, jak i wewnętrzną zabytków. Na dodatkową uwagę zasługują ilustracje prezentujące kolejne rozdziały.

Cała recenzja TUTAJ.

Tagi: duchy
22:04, edith26
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 marca 2011
Klaus Hermann - Noc zapada nad Babilonem


Ta książka jest wszystkim tym zaczym nie przepadam: nie dość, że fikcja historyczna, to w dodatku jeszcze starożytna, podana chwilami lekko już archaicznym językiem, przetykanym ciężkimi w czytaniu, czasami z trudem trafiającymi do wyobraźni opisami.

A jednak mi się podobała.

Przeczytałam z przyjemnością, tak jak ogląda się przygodowy film niecierpliwie czekając „co dalej się stanie”.

Przede wszystkim bardzo ciekawy czas kiedy się to dzieje: Babilon, ostatni okres panowania Aleksandra Wielkiego.

W sugestywny sposób opisany jest dwór Aleksandra, panująca na nim atmosfera, intrygi. Im bliżej końca tym więcej o toczonej w tle wielkiej polityki walce o sukcesję. Bohaterem jest Medios, osoba z najbliższego otoczenia Aleksandra, ale nie towarzysząca mu w wyprawach, właściciel zakładów płatnerskich, zaopatrujących Aleksandra w broń.

Chwilami Medios daje się nawet lubić. Nie ciągnie go wojaczka, unika dworskich intryg, wprawdzie w dużej części ze strachu i niechęci do pakowania się w kłopoty, ale stara się nie poddawać nienawiści. Ale tylko chwilami. Jest dzieckiem swojej epoki. jego okrucieństwo wobec niewolników poraża.

Z ciekawostek. W Babilonie zmarłych grzebano pod podłogą domu. Tak by nadal "byli" z rodziną.

niedziela, 20 marca 2011
Pomiędzy zachodem słońca a nocą

Symbol zmierzchu (zmroku)- pora zakończenia dnia, ale jeszcze nie nocy obecny jest nie tylko w literaturze. Również w szeroko pojętej kulturze (malarstwo, kultura biblijna, mitologia) odnajdujemy jego dosyć liczne alegorie.

Ludzie Biblii pojmowali znaczenie zmierzchu nieco szerzej niż współcześnie. Oznaczał on dla nich okres przejściowy w codziennym cyklu zajęć.

Na ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga.

piątek, 18 marca 2011
Nocni wędrowcy, Wojciech Jagielski

WAB, 2009

Liczba stron: 330

Nocni wędrowcy pojawiają się w miastach z nastaniem zmroku. Idą w ciszy, wielką grupą, niosą ze sobą tobołki, które po rozłożeniu służyć im będą za posłanie. Ludzie lękliwie schodzą im z drogi, zdają się nie zauważać setek dzieci, które nocują w centrum miasta - na targowiskach, pod markizami sklepów, w wyznaczonych do tego halach. Z nastaniem świtu dzieci znikają w położonych dookoła obozach przesiedleńczych oraz wioskach. Dlaczego dorośli odsyłają swoje pociechy do miasta na noc? Ze strachu.

Recenzja w całości na Agaczyta

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10