Zakładki:
Przeczytane
Uczestnicy
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bujaczek | Montgomerry | Plany | nie | poezja
RSS
niedziela, 30 października 2011
Podsumowanie wwgnika/nika7777

W ramach tego (mojego pierwszego) wyzwania postanowiłam przeczytać następujące książki:

Te, które udało mi się przeczytać i zrecenzjować są podlinkowane, a linki prowadzą do moich recenzji. "Noc i ciemność" niestety okazała się poza moim zasięgiem (polowałam w pobliskiej bibliotece wiele razy), natomiast "Wieczór Trzech Króli" przeczytałam, ale nie zrecenzjowałam. Głównie z braku czasu, ale też i dlatego, że zdecydowanie mniej mi przypadła do gustu, niż "Sen mocy letniej". Poza tym, świetną jej recenzję napisała na tym blogu j.szern, do której ciekawych odsyłam.

Bardzo się cieszę, że wzięłam udział we współpisaniu tego blogu, z przyjemnością czytałam wszystkie wpisy i z pewnością wezmę jeszcze udział w czymś takim w przyszłości. Pozdrawiam wszystkich uczestników i Padmę :)



niedziela, 16 stycznia 2011
"Plejady to gwiazdozbiór już październikowy..."

Mam problem z Iwaszkiewiczem. Doceniam go jako prozaika, dramaturga i poetę, ale zwykle omijam bardzo szerokim łukiem. Każde podejście do jego twórczości wywołuje u mnie poczucie wyobcowania. Przedzieram się przez zdania jak przez wąski tunel naszpikowany gwoździami. Zetknięcie z jego twórczością jest dla mnie równie przyjemne, jak spanie nago na nieheblowanych deskach.

Zwykle lubię twórców, którzy są dla mnie wyzwaniem. Początkowa niewygoda i chęć rzucenia o ścianę ich dorobkiem, często - po mozolnej i niewygodnej lekturze - zmienia się w moment olśnienia. "Ach, to tak!..." - mam ochotę krzyknąć w chwili takiej "iluminacji". Zapominam wtedy o trudach i cieszę się odkryciami, które roztaczają się przed moimi oczami (tymi wewnętrznymi, oczami duszy - jakby pewnie powiedzieli romantycy). Mam wtedy poczucie, że warto było przejść przez mękę, warto było uruchomić wszystkie pokłady cierpliwości, by przekopać nową ścieżkę w moim umyśle i odkryć nowe powiązania. Rozpiera mnie wtedy duma i entuzjazm - wynikające nie tylko z nowych odkryć, ale również z przezwyciężenia własnej słabości.

Przypomina to uczucie towarzyszące wejściu na szczycie wyjątkowo stromej góry. Podejście trudne, pięty popękane, pot lejący się z czoła i wydobywający się każdym porem skóry, kostki spuchnięte, trudno złapać oddech - o niczym wtedy się tak nie marzy, jak o stoczeniu się zboczem na sam dół - choćby zbocze było mało przyjazne. A jednak widok, który w takim momencie rozpościera się przed człowiekiem, jest w stanie zrekompensować mu pot, pięty, spuchnięcia i zabrać resztki oddechu.

Nawet to jednak nie było w stanie mnie zmobilizować do zdobycia szczytu, który nazywa się "Iwaszkiewicz". Z czasów licealnych pamiętam lekturę "Panien z Wilka" i "Brzeziny" - "och" i "ach", interpretacje mojej polonistki i porównania z Proustem, i medytacje nad pamięcią - mocno wydumane wówczas - przynajmniej moim zdaniem. Jeśli Proust był w stanie ożywić swe wspomnienia dzięki magdalence zanurzanej w herbacie z kwiatu lipy, to u mnie - na samo wspomnienie nazwiska "Iwaszkiewicz" - pojawiało się wspomnienie goryczy w ustach, jakiegoś niesmaku i zniechęcenia, które zaowocowało tym, że na studiach tego twórcę omijałam szerokim łukiem. I nie pomógł Wajda, zachwyty, kontrowersje, spekulacje i wznowienia.

Ale jakiś czas temu, szukając książek do nocnego wyzwania, znalazłam na półce, zakurzony i dotknięty zębem czasu, wyłowiony kiedyś tam za śmieszne pieniądze w antykwariacie, tom opowiadań Iwaszkiewicza. I powróciło wspomnienie goryczy. I coś jeszcze... Z zakamarków pamięci, zakurzona jak książka, którą trzymałam w rękach, wróciła fraza jedynego bodajże wiersza tego twórcy, który zrobił na mnie wrażenie - Plejady to gwiazdozbiór już październikowy...

Sięgnęłam po resztę. Z sentymentu dla frazy, a przede wszystkim - z sentymentu dla własnych kontemplacji nieba. Nie rozpoznaję zbyt wielu gwiazdozbiorów, ale wśród tych, które zawsze znajdę na jesienno-zimowym niebie, będzie Orion. Kiedy byłam dzieckiem, towarzyszył mi w późnych powrotach ze szkoły. Patrzyłam na niego, kiedy szłam słabo oświetloną ścieżką przez zagajnik. Pomagał - wiem, że to irracjonalne - opanować mi mój lęk przed ciemnością. Zapamiętałam, że zawsze szedł w tym samym kierunku, co ja.

Orion ma związek z historią powstania gwiazdozbioru, w który zapatrzył się Iwaszkiewicz. Według jednej z wersji mitu - Plejady miały być pięknymi nimfami, córkami Atlasa i Plejone, które ścigane przez tego niezłomnego myśliwego, błagały Zeusa o ratunek. Ten przeniósł je na sklepienie niebieskie - gdzie, jak pisze Parandowski "swoim zjawieniem się w maju zapowiadają wiosnę i czas bezpiecznej żeglugi".

I oto pojawia się wyznanie, na które - jak myślałam - nigdy się nie zdobędę. Lubię Plejady Iwaszkiewicza. Urzeka mnie w nich plastyczność obrazu, w którym są barwy, dźwięki i zapachy mojej ulubionej pory roku. Melodia tego wiersza niesie ze sobą wspomnienie ciepła, woni butwiejących liści, wilgotnej ziemi, wieczornej ciszy, kiedy siadałam na ganku przed domem i w skupieniu przyglądałam się pierwszym wschodzącym gwiazdom na jesiennym niebie.

Jednocześnie spojrzenie w jesienne niebo i jesienny pejzaż staje się dla poety punktem wyjścia dla medytacji o Przemijaniu. Zapadający wieczór, jesienna pora, pełne stodoły, i brama, przez którą mamy wejść nie odwracając głowy - możemy to czytać jako znaki Schyłku i Odejścia z tego świata. Październik to bezpieczna zadumana pora - chcielibyśmy zatopić się w tym obrazie, który tworzy poeta, ale jednocześnie - już wers później - on sam rozwiewa nasze nadzieje - Na czarnej ścianie nieba ślad karabinowy: blaski gwiazd pełne lęku i pełne wieczora.

Nie jesteśmy w stanie - za żadną cenę - zatrzymać tego procesu. Nasze słowa nie są w stanie wstrząsnąć biegiem czasu. Zatem - przemijamy,  bezsilni i krusi, poranieni jak jesienne liście. A wraz z naszym odchodzeniem, przemijają nasze uczucia i wspomnienia. Wobec tej prawdy zostajemy sami - pozbawieni zabezpieczeń, których chwytamy się na co dzień - wiary, nadziei, miłości. Wśród zapadającej nocy, która zasłania nam ścieżkę Przyszłości, pytamy o Sens i o Szczęście.

Iwaszkiewicz - ze spokojem - mówi o przemijaniu Wszystkiego - nas, uczuć, pór roku. Jesień powróci - za rok, ale to już nie będzie TA sama pora roku, którą ogląda i subtelnie opisuje poeta. Rozpoznając jej oznaki, nie będzie w stanie jednocześnie przywrócić jej tych samych kształtów. On też się zmieni.

Ten spokój, który poeta przeciwstawia zwykłym wobec Przemijania uczuciom rozpaczy i buntu - również mi się podoba. Urzeka mnie godność z jaką podejmuje temat dla każdego nieuchronny. Jest bowiem w tym tekście smutek, ale jest też pogodzenie się z losem. Jest w nim też nadzieja - że wśród połamanych brzóz i pobitych lutni, można odnaleźć szczęście - nawet jeśli jest iluzoryczne i wypływa jedynie z naszej wiary w jego istnienie.

Iwaszkiewicz nie odkrywa żadnej nowej drogi. Pisze o przemijaniu, jak wielu innych przed nim. Ale jednocześnie - idąc doskonale wydeptaną ścieżką - jest w staniespojrzeć na nią w sposób indywidualny, tylko sobie właściwy.

Nieskładny jest ten wpis (jak zwykle, gdy piszę o poezji) - ale tak wiele myśli mi krąży po głowie. To tylko kilka moich impresji, rzuconych na gorąco w przestrzeń. Tylu wrażeń, które we mnie budzi ta poezja nie umiem jeszcze nazwać - jedynie je przeczuwam. Ale wiem, że podoba mi się jej melodia i że będę do niej wracać.

Zatem - mogę powiedzieć, że pierwszy klin w moje zdobywanie szczytu "Iwaszkiewicz" został wbity. A tomik jego opowiadań, wytarty z kurzu, leży na łóżku obok innych książek, które lubię - budząc się w nocy - mieć przy sobie. Jeszcze go nie otwieram, jeszcze na języku trwa wspomnienie goryczy - teraz złagodzone "smakiem" Plejad.

A Wy co widzicie w tym wierszu? Doświadczenie przemijania? Odgłosy przeszłej wojny? Medytację nad sensem miłości? A może coś jeszcze innego?

O czym Wy myślicie patrząc nocą w niebo?

 

 

Plejady

I

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Błyszczą jak winne grono wśród innych gwiazd roju,

W ich świetle las pożółkły niby rumak płowy,

Co polem do srebrnego biegnie wodopoju.

I zdaje się, że w cieniu popielatym sarny

Przebiegają przez ruczaj lub stojąc słuchają,

Jak srebrne lustro wody brzeg odbija czarny

I fletnie białych brzózek, gdzie liście śpiewają

I opadając krążą. A namiętność moja

Niby łania nad źródłem pochyla swą szyję

I tylko jej odbicie lodowego zdroja

Mówi, że chociaż wątła, ale jeszcze żyje.

II

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Po szafirowym niebie płynie jak baranki,

Ponad drzew skrytych nocą oniemiałe głowy,

Ponad brzóz skamieniałych pozłociste pianki.

Powracam do milczenia i słodyczy nieba,

Które płaszczem jesiennym pełnym gwiazd połyska.

Pełne stodoły złota, stoły pełne chleba

I skrzypi na zawiasach gwiaździsta kołyska.

Za chwilę i na ziemi wszędzie będzie biało.

Lekki chłód noc cienistą jak igłą przenika.

I śni mi się już tylko jakieś jasne ciało

Przykryte złotą tkanką planet października.

III

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Spokojnym tokiem płynąc losy twoje iści.

Powoli wyjdź przed bramę, nie odwracaj głowy,

I zerwij parę złotych, poranionych liści.

Proch ci zostaje w dłoni, rozwiewa się, ginie,

I słyszysz tylko ogród, co dyszy jak chory.

Złociste liście zginą i jesień ta zginie,

I złe — i dobre nawet — miną gwiazdozbiory.

Więc po cóż nam — jak gwiazdom zagubionym

w mroku

Spalać się ogniem wiecznie, kiedy chłód nas czeka?

Po cóż świecą plejady i łzy w twoim oku,

Gdy je ogarnia czarna przemijania rzeka?

IV

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.

Październik to bezpieczna, zadumana pora.

Na czarnej ścianie nieba ślad karabinowy:

Blaski gwiazd pełne lęku i pełne wieczora.

A my tu biegu ziemi ani przemijania

Słowami nie wstrząśniemy. Stoimy bez siły.

Noc czarnym płaszczem swoim ścieżkę nam zasłania,

Wiara, nadzieja, miłość już nas opuściły.

Odeszliście daleko. A ja, choć zostałem,

Wydają się zgubiony wśród ciemnych gwiazd mżenia.

I cóż nam pozostaje na okręgu całym?

Już nic: zagasłe słowa i nieme spojrzenia.

V

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy:

Wypływa nad horyzont ciemno i okrutnie

I patrzy na schylone, zadumane głowy,

Na połamane brzozy i pobite lutnie.

Przechodzi i o świcie drży nad moim domem,

Posyła promień cichy, ale przenikliwy,

I głosem mówi do mnie, i takim znajomym,

Że może jest kto jeszcze na świecie szczęśliwy.

Szczęśliwy, który kocha; szczęśliwy, kto wierzy;

Szczęśliwy... albo tylko tak jemu się zdaje...

Szczęśliwy, który łąką o świtaniu bieży

I na jesiennym niebie widzi gwiazdy maja.

piątek, 07 stycznia 2011
Poeta, który odszedł w noc

W jednym ze swych wierszy pisał:


Całe życie zrywam się i padam,

jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi,

i chwytają mnie złe listopady

czarnymi palcami gałęzi.


Ja upiłem się tym tchem, tym szumem,

niepokojem, który serce zatruł -

to dlatego śpiewać już nie umiem,

tylko wołam wołaniem wiatru,


to dlatego codziennie się tułam

po wieczornych, po czarnych ulicach

i prowadzi mnie wilgotny trotuar

w mgłę wilgotną, która bólem nasyca.


Acetylen słów płonie mi na wargach,

płonie we mnie bolesna maligna,

chodzę błędny, jak ludzie w letargu,

zewsząd, zewsząd niepokój mnie wygnał.


Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia,

muszę chodzić coraz dalej, coraz dłużej.

Jestem wiatr szeleszczący w liściach

jestem liść zagubiony w wichurze


Tylko w oczach mgła i oczy bolą,

tylko serce bije coraz częściej.

Jak błękitny płomień alkoholu,

płoniesz we mnie, moje nieszczęście.


Muszę chodzić, muszę męczyć się wiecznie,

w mgłę za włosy mnie wloką wieczory,

lecą za mną, nieprzytomne, pospieszne,

moje słowa, moje upiory.


Muszę wiecznie zrywać się i padać,

jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi.

pochwyciły straconą radość

nagie gałęzie.


Przelatują, wieją przeze mnie

listopady chwil, których nie ma...


To - tylko liście jesienne.

To - pachnie ziemia.

 

Poznajecie?

To Broniewski. Wiersz Listopady. Z tomu Dymy nad miastem. Ten sam poeta, który napisał Bagnet na broń, jeden z nielicznych chyba obecnie rozpoznawanych jego wierszy. Wielbiciele Pidżamy Porno pewnie pamiętają jeszcze Nocnego gościa (o ile nie stwierdzili, że to tekst Grabaża), wielbiciele Żebrowskiego i Jopek - być może - znają Zielony wiersz i Dąb. Może niektórzy nauczyciele wspominali ostatnio o nim, omawiając Treny Kochanowskiego - tomik Anka Broniewskiego ma podobną tematykę - mówi o bólu ojca po stracie dziecka.Może nawet niektórzy belfrowie zacytowali kilka jego utworów?

Jednak większości zapewne, jeśli Broniewski z czymkolwiek się kojarzy, to z komunizmem - jako jego piewca, autor choćby Pokłonu rewolucji październikowej ("Kłaniam się rosyjskiej rewolucji/czapką do ziemi/po polsku/radzieckiej sprawie/sprawie ludzkiej/robotnikom, chłopom i wojsku.") czy peanów na cześć Stalina.

Ale ja nie o tym chciałam...

Z twórczością Broniewskiego zetknęłam się po raz pierwszy, gdy miałam bodajże 11 lat. W szkolnym podręczniku znajdował się przedruk Bagnet na broń. Przeczytałam i zachwyciłam się. W domu znalazłam tomik z wyborem jego wierszy, należący do mojej cioci, który ona podczas którejś tam przeprowadzki podrzuciła do nas.

Od tamtej pory zaczęła się moja przygoda z Broniewskim. Był pierwszym poetą, którego pokochałam i tym, o którym mogę powiedzieć, że towarzyszył mi w najróżniejszych momentach mojego życia. Czytając jego wiersze rewolucyjne przeżywałam młodzieńczy bunt (Tobie mój gniew i pogarda,/kulturo krzywdy i zbrodni! [...]). Uczył mnie wrażliwości na sprawy społeczne, biedę i wykluczenie (Ulica Miła wcale nie jest miła - szeptał mi do ucha). Lubiłam też jego ironię i grę z tekstami ("Hej, pola malowane zbożem rozmaitem,/wam wierni,/z karabinem już nie nabitym/umrzemy gdzieś na ścierni."). Z nim przeżywałam pierwsze niepowodzenia miłosne mrucząc (i parafrazując - fleksja mi nie pasowała :) ) pod nosem choćby fragmenty wiersza Ze złości: "Kochałbym cię, (psiakrew, cholera), gdyby nie ta nie pewność, gdyby nie to, że serce zżera/złość, tęsknota i rzewność./ (...)". Wreszcie to Broniewski był tym poetą, który podążył za mną w noc, kiedy moje życie się zawaliło i straciło sens. Wtedy Listopady czy Zioła były moją mantrą. On pożyczał mi słowa i mówił za mnie rzeczy, których sama nie umiałam wyrazić.

Bo Broniewski jest poetą nocy. Noc w jego wierszach towarzyszy poecie przeklętemu i jego samotności. Jest czasem bezsenności i myśli o śmierci. Czasem, kiedy otwiera swoje poszarpane serce i usta i krzyczy - o bólu, które sprawia mu życie, a nie tylko historia. Noc będzie towarzyszyła w jego poezji gwałconej i bitej na Łucku towarzyszce Ninie. I Ickowi, który siedział w celi dwudziestej pierwszej na Pawiaku, w której odwiedzał go księżyc. W nocy będzie tworzył swe teorie Bakunin. W nocy poetę odwiedzi widmo Jesienina...Noc będzie dla niego czasem poznania - momentem, w którym zapatrzy się w siebie i zobaczy ciemność.

Noc będzie towarzyszyła również jego nałogowi (acetylen słów płonie mi na wargach...). Broniewski pił. Dużo. Coraz więcej pod koniec życia. Wtedy miał zwyczaj dzwonić do swoich przyjaciół. Wspominał o tym Słonimski. Środek nocy i dzwoni telefon. Broniewski. "Antek, powiem ci mój wiersz...". Propozycja odrzucona. Kolejny dzwonek. "Antek, powiem ci twój wiersz...". "Jasne, jasne - odpowiadał Słonimski. - Powiesz jeden mój i cztery swoje". I wyciągał kabel z gniazdka.

Wreszcie, po latach - sam poeta odejdzie w noc - zapomnienia (a miało być tak: Kiedy umrę,/Utopcie mnie w Wiśle,/jak Światowida,/zapomnijcie o mnie,/jak o Światowidzie.). Próbowano go rehabilitować, odczytywać na nowo (z biciem serca i z zaciśniętymi kciukami przyjmuję każdą akcję, która pokazuje Broniewskiego innym, niż w stereotypie). Przypomniano wiersze, które napisał w stalinowskim więzieniu po wybuchy drugiej wojny światowej (Rozmowy z Historią), i które były w czasach PRL- zakazane przez cenzurę - bo Broniewski miał być przede wszystkim poetą wierzącym - w rewolucję - a nie wspominającym o swoich rozterkach. Mimo to odnoszę wrażenie, że stał się w pewnym momencie poetą niewygodnym. Po okrągłym stole potrzebni nam byli przede wszystkim tacy, którzy potrafili zachować postawę wyprostowaną. Ewentualnie ci, którzy żałowali za grzechy. A Broniewski nie żałował.

Przypomniała mi się w tym kontekście stereotypu partyjnego poety jeszcze jedna historia, wspominana przez Słonimskiego. W czasach głębokiego socrealizmu, kiedy chwalić w literaturze i sztuce trzeba było klasę robotniczą, wielkie budowy, maszyny i pluć na wrogów nowego ładu, kilka osób chciało wydać tomik z wyborem wierszy nieżyjącej już wtedy Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej. Wiernopartyjni kręcili nosem na takie pomysły - bo to poetka burżuazyjna, nikt tego nie puści, wywrotowe, itp. Wiecie, co wtedy zrobił Broniewski? Ten, który znał Lilkę z czasów międzywojennych i potrafił być wierny nawet nieżyjącym znajomym? Wpadł (na gazie, na rauszu, pod wpływem - czy jakkolwiek to ująć) na zebranie komitetu, huknął pięścią w stół i o zgrozo - burżujska poezja Lilki ponownie ujrzała światło dzienne.

Wiem, że mam długą i smakowitą listę wyzwaniowych nocnych lektur. Ale dziś, kiedy za oknem chmury zaglądały mi przez ramię, padał deszcz i hulał wiatr (ale nie listopad), przypomniał mi się mój dobry towarzysz i przyjaciel. Otworzyłam sfatygowany i upstrzony moimi notatkami tomik jego wierszy i utonęłam. Tyle wspomnień... Chciałam się z Wami podzielić kilkoma jego wierszami - pozostawionymi bez komentarza. Mogłabym wstawić linki (na pewno są gdzieś w sieci), ale wolę je przepisać. Z tego tomiku, który jest dla mnie jedną z najbardziej osobistych książek - jedną z tych, których nigdy nikomu nie pożyczałam. Wpis od tego straszliwie spuchnie - ale wstawienie linków byłoby dla mnie w pewnym stopniu barbarzyństwem.

Oto kilka wierszy Broniewskiego, Władka (jak go często nazywam), w których występuje motyw nocy.

 

Zioła


Coraz dłużej nie mogę zasnąć.

Noc jest sercem nad trumną zamkniętą.

Nocne myśli, jak cmentarz, pachną

macierzanką, piołunem i miętą.


Zrywam suche badyle i chwasty,

zioła gorzkie, którem znał przed laty,

moje słowa nocą nad miastem

wyrastają, jak czarne kwiaty.


Kwiaty mówią, że radość pierzcha

jak mgła lekka pod wiatru tchnieniem,

że jak słońce zbroczone o zmierzchu,

moją głowę pochyla znużenie.


Oto idę spokojnie na zachód

w pustce głuchej, pod niebem cichym,

na cmentarzu dalekich zapachów

niepojętą goryczą oddycham.


Przysłuchuję się dzwonnym dziewannom.

żółtym dzwonkom na nagich badylach,

cień złowieszczy kołysze się za mną,

coraz niżej ku ziemi się schyla.


Chmura pełznie liściem łopucha,

dymem czarnym nad słońca zgliszczem,

w piszczel ostu przeciągle, głucho

wicher prędki nad polem świszcze


i rozlewa się krew wieczoru,

jak czerwone jarzębin korale,

i ust piołun wysącza gorycz,

i zakwita kwiat serca - szalej.


Róża polna gałęzią cierniową

wrosła we mnie, bym nie mógł odejść -

to dlatego krwawi każde słowo,

to dlatego tak boli młodość.


O, jak pachną okrutne zioła.

Dzwoni głucha pustka nade mną.

Szumią skrzydła czarnego anioła -

przelatuje nad sercem bezsenność


i drży serce, i lęka się nocą,

i niczego nie umie zapomnieć.

Ten wiersz napisałem przemocą

i ten wiersz mówi tylko o mnie.

***

Czary


Przecierało się niebo mgławe,

kołysały się gibkie trzciny,

miesiąc z boru wypłynął i stanął nad stawem -

w stawie kąpią się nocą dziewczyny.


Białe lilie zrywają z łodyg

i wplatają miękko we włosy,

miło pod chłodnym niebem miesięcznej pogody

strącać z piersi kropelki rosy,


miło piersi młode odsłaniać

i zielonym światłem oblewać,

miło w noc nadsłuchiwać leśnego wołania:

w ciemnym lesie zwołują się drzewa.


A noc płynie pachnąca, biała,

zmąca wodę powiewem lekkim.

W tę noc, jak lilie białe, rozkwitają ciała,

piersi krwią dojrzewają i mlekiem.


Wtedy strach, wtedy wstyd dziewczynom,

nagich piersi, strwożone, dotkną,

miesiąc w nocnej kąpieli oblepił je śliną,

srebrnym strachem, tęsknotą wilgotną.


Nieruchome, wzniosą ramiona,

zakołyszą się, mdłe, niezręczne,

a już woda u kolan miesiącem srebrzona,

w białych oczach już światło miesięczne.


Będą z krzykiem biec po murawie

odurzone, jak w śnie zawiłym -

miesiąc ciała im biczem srebrzystym okrwawi:

będą we krwi po ziemi się wiły.


***

Noc


Za oknem odwilż liczy krople:

50, 100. W pokoju ciemno.

Posadzka skrzypi. To okropne

tak głupio cierpieć na bezsenność.


Przy łóżku siadła noc-rajfurka

natrętne myśli nudnie stręczyć:

"No, weź do ręki klucz od biurka....

No, spróbuj... Po co się tak męczyć..."


Rzędami książki: Szekspir, Dickens.

Turecki szal przez mole zżarty.

I nagle - wszystko dziwne, dzikie!

W fotelu duch. I gram z nim w karty.


Znajomy figlarz, też z Dickensa,

dyskretnie brzęczy mi łańcuchem.

Rozdaję. Ręce mi się trzęsą.

I gram. I wiem, że przegram z duchem.


Nie pokój, ale pusty przedział

zajmują damy, króle, asy.

Do świtu będę z nimi siedział,

pasażer nocny trzeciej klasy.

***

Gwiazdy


Pod gwiazdami tak trudno nieść

milczenie za ciężkie, za ciężkie...

To dlatego potrzebna pieśń

i łzy obfite, niemęskie.


Za wielki, za wielki świat

pod gwiazdami oglądam niemy.

Muzo moich trzydziestu lat,

dokąd płyniemy?